wtorek, 10 grudnia 2013

ROZDZIAŁ III i IV

ROZDZIAŁ III

- Na pewno chcesz to zrobić?- krzyknął Max czekając, aż Janette wyjdzie z łazienki.
- Tak, tak jak było ustalone. Jedziemy do Katie, wyciągam ją na imprezę do Chelsea, tam się dzieję, a my jesteśmy wygrani- odpowiedziała nakładając ulubioną, malinową pomadkę na usta. Dokonała ostatnich poprawek i włożyła czarne szpilki z czerwoną podeszwą, które wzięła ze sobą do łazienki. Pasowały do obcisłej Małej Czarnej. Ostatni raz zerknęła w lusterko i wyszła.
            Boże, ona wygląda niesamowicie. Wiedział, że jest piękna, ale tego wieczoru, gdy ją zobaczył, chciał mieć ją tylko dla siebie. Była uczesana w luźny kok. Delikatnie brzoskwiniowy cień idealnie uwydatnił kolor jej szarych oczu, a czarne kreski dodały uroku. Pełne, intensywnie różowe usta mógłby, jak stwierdził, całować do samej śmierci. Sukienka pokazała ponętną figurę Jane, uwypukliła piersi, podkreśliła wąską talię i opięła się na biodrach. Buty na wysokim obcasie wydłużyły jej zgrabne nogi i dodały wzrostu. Dzięki nim sięgała Maksowi chociaż do ramienia.
            Zlustrowała oniemiałego chłopaka. Miał na sobie dość wąskie, czarne spodnie i luźną, beżową bluzkę z krótkim rękawem. Wyglądał bosko- chociaż jak dla niej, nic nowego. Wiedziała, że umiał się ubrać.
W jego ciemnobrązowych oczach, które pociemniały jeszcze bardziej, gdy ją zobaczył, pojawiły się błyski. Gdy to zobaczyła, przeszedł ją dreszcz, a przez myśli przeszedł pewien obraz. On. Z nią. W niedwuznacznej sytuacji. Odwróciła wzrok, czuła, jak na jej twarz wchodzi rumieniec.
Chwyciła torebkę i kurtkę, po czym poszła do drzwi.
            Po chwili byli pod domem Katie, Jane wysiadła z bordowego Mustanga Maksa. Zabawa miała się dopiero zaczynać.



ROZDZIAŁ IV

- Jak to się właściwie stało- spytała ofiarę. Widząc marsa na czole znajomej upiła łyk bezalkoholowego drinka i dodała- w sensie, że skąd wiesz, że cię zdradził?
- No…- dziewczyna uciekła wzrokiem, jakby rozważała, co brzmiałoby najbardziej wiarygodnie.- Dostałam zdjęcie jak wiesz…
- Jasne- rzuciła szybko.- Cieszysz się, że tu jesteśmy? Chodzi mi o to, czy cieszysz się że jesteś tu ze mną.
- Oczywiście, że tak. Na serio, dzięki. Mogę na ciebie liczyć.- Janette siliła się na uśmiech.
- A nie masz mnie czasami dość?- Kat rzuciła jej szybkie spojrzenie.- Zastanawiam się czasami jak to by było, gdybyśmy się nigdy nie przyjaźniły. Patrząc na ciebie…- zawiesiła głos i po raz kolejny upiła napój.- Nic by się w tobie nie zmieniło. Ale ja. Ze mną jest trochę gorzej, wiesz? Oddawałam ci wszystko co miałam. Każdą chwilę, każdy pomysł.- Wstała, nachyliła się do byłej przyjaciółki, spojrzała jej w oczy.- Wiem też, że mnie nienawidzisz, że nigdy nie chciałaś naszej znajomości. Wiem również, że nigdy nie kochałaś Warrena, bo po prostu nie jesteś do tego zdolna. To ty go zdradziłaś i wykorzystałaś.- Tamtej zrzedła mina. Jane złapała ją za rękę i pociągnęła na środek salonu, w którym wszyscy się bawili. Muzyka przycichła, a ludzie patrzyli po sobie. Rozeszli się na boki. One dwie pozostały na środku.
- Ile razy zdarzyło wam się pomóc tej oto dziewczynie? Raz? Dwa? Może i więcej- zaczęła głośno. Jej ochrypnięty głos roznosił się po pomieszczeniu.- Ile razy was wykorzystała? Mnie na przykład cały czas.- Zaczęła krążyć wokół przerażonej dziewczyny.- To jest Katie. Większość z was to pewnie wie, przynajmniej męska część- zaśmiała się wymownie patrząc na grupkę mięśniaków.- Wspierałam ją przez wszystkie lata naszej przyjaźni- zarysowała cudzysłów w powietrzu wypowiadając ostatnie słowo.- Poświęciłam jej wszystko, co miałam, a wiecie co? Okazało się, że mnie nienawidzi! Ktoś powie, że przecież musiała mieć powód- odwróciła się do Kat.- Jest jakiś? Może jednak?- Wróciła do publiczności.- Wiem, że nie tylko mnie obrała sobie za cel. Każdemu z was coś zrobiła- przewróciła oczami, gdy padł tekst „I była w tym niezła”. Co za bezczelna hołota.- Księżniczko- ponownie zwróciła się do znajomej- to twoja nagroda!- powiedziała, a spod sufitu zleciał na nią kubeł lepkiej mazi. Zbliżyła się jeszcze raz do niej. - Być może jestem suką. Być może większą niż ty. Ale pamiętaj, że ty robiłaś to wszystko tylko i wyłącznie dla siebie, a ja działałam za nich wszystkich.- Odwróciła się na pięcie i wyszła.
            Gdy wychodziła usłyszała za sobą krzyk:
- Dlaczego mi to zrobiłaś? Jak mogłaś, dziwko?
- Jak mogłam?! Jak JA mogłam?! Wszystko ci już wyjaśniłam. Nie mam ci nic do powiedzenia. Mogłaś od razu powiedzieć, jaki masz stosunek do mnie. Ale nie, wolałaś ciągnąć to dalej. A ostatnio przeszłaś samą siebie. Nie odzywałaś się chyba z tydzień, zdradziłaś Warr’a z całą Kliką szkolną, a gdy się o tym dowiedział i zerwał z tobą, to napuściłaś na niego mnie! Dobrze wiedziałaś, że urwałabym mu łeb przy samej dupie. Wiedz, że to, co zrobiłam nie był tylko mój pomysł.- Odwróciła się i mruknęła krótkie „żegnaj”.

            Po chwili dołączyli do niej Max i Warren.
- Dałaś radę, mała zołzo- rzucił z uśmiechem Harris.
- Weź zostaw mnie- wycedziła Jane.
- To było straszne. Wspominałem już o tym, żebym ci nigdy nie podpadł?- spytał Collins, ale widząc oszołomioną przyjaciółkę dał sobie spokój.
-Wiecie co? Muszę się napić- mruknęła skręcając do pierwszego lepszego monopolowego.
- Chcesz uczcić czy zapomnieć?- Cichy głos Maksa wyrwał ją z oglądania szklanych butelek alkoholi. W odpowiedzi tylko się uśmiechnęła.
- To na pewno będzie szampan…- dobiegł ich głos Warrena.- Dobrą Whisky... Coś jeszcze?
- Ja mam jeszcze czystą i zostało trochę Burbona po ostatnim- mruknął przyjaciel.- Jane, jakieś specjalne życzenie? Chcesz coś konkretnego?
- Coś mocnego. Bardzo mocnego.
            Chłopak zapłacił, wyszli.

            Janette chciała i zapomnieć o dawnej przyjaciółce i uczcić swój sukces. To, że zemściła się za lata upokorzeń było mega bonusem. 

ROZDZIAŁ I i II

No, to chciałam powiedzieć tyle, że to opowiadanie jest dłuższe i inne niż tamte... Będę wstawiała rozdziałami.




ROZDZIAŁ I

Ten kretyn mnie zdradził! I to z jakąś cizią!
Drażniący dźwięk smsa, który wyrywa z czwartkowej drzemki. Czy można bardziej uroczo spędzić październikowe popołudnie?
Zaspana chwyciła telefon ziewając. Spojrzała na wyświetlacz zaspanym wzrokiem. Beżowe paznokcie zacisnęły się na poduszce, źrenice rozszerzyły, w krwi pojawił się jad, a w umyśle chęć zemsty. Wstała, zmierzwiła chudymi palcami rude, szalone loki. Założyła sweter i trampki, po czym poleciała do łazienki poprawić makijaż. Przejechała tuszem rzęsy, przeciągnęła burgundową pomadką aksamitne, pełne usta i wyszła. Wybiegając z domu chwyciła czarną ramoneskę. Teraz wyglądała jak kobieta, która ma ważny cel w życiu. Morderstwo było bardzo ważne.
            Wybrała numer, połącz, dwa sygnały i…
- Gdzie jesteś?- warknęła.
- A ty co, też nie w humorze- spytał znużony chłopak po drugiej stronie.
- Gdzie, do jasnej cholery, jesteś?- syknęła zza zębów dając do zrozumienia, że nie warto jej zbijać z tropu.
-Siedzę w parku, na tej gdzie zawsze- mruknął.
Rozłączyła się. Do wyznaczonego miejsca miała kawałek drogi, ale nie było to aż tak daleko, żeby wzywać taksówkę, czy jechać metrem. Poza tym trochę ruchu dobrze jej przecież zrobi. Może zużyje trochę energii, a jej ofiara będzie jej za to wdzięczna? Może nawet przeżyje…






ROZDZIAŁ II

Młody mężczyzna był w „umówionym” miejscu. Stał oparty o drzewo przy jednej ze ścieżek, popijając piwo. Oprawca w kobiecej szacie stawiał stanowczo kroki. Dobrze, że założyła trampki- w szpilkach ruchy mordercy byłyby dość ograniczone.
- Warren, masz minutę na to, żeby się usprawiedliwić- warknęła spod byka.
- A na jaki temat?- Chłopak był naprawdę zdziwiony.
- No na przykład to, że zdradziłeś moją najlepszą przyjaciółkę- wrzasnęła, co spowodowało, że parę osób w ich dalszym otoczeniu odwróciło się. Warr wbił wzrok w ziemię.- Nie masz nic do powiedzenia?- Każde jej słowo było przesycone nienawiścią.- Serio?! Teraz będziesz milczeć?! Bądź chociaż raz facetem! Miej jaja!- Miała nadzieję, że usłyszy od niego chociaż słowo. Chociaż jedno, głupie „przepraszam”, które i tak nie miało być skierowane do niej.
- Gdyby nie fakt, że jesteś kobietą, strzeliłbym ci z liścia, żebyś się uspokoiła- mruknął, na co dziewczyna się zagotowała.- A ty myślisz, że co? Że ona jest niewinna? Najwidoczniej tak, skoro wkraczasz tu bez powitania, z wyrzutami na cały świat, który chcesz ocalić.- Złapał ją za ramiona.- Ona nie jest tym, za kogo się podawała. Nigdy mnie nie kochała, nie chciała nas wszystkich znać, nie chciała tych przyjaźni. Nigdy tak naprawdę nie była twoją przyjaciółką.- Przecież to nie mogła być prawda, przecież on nie mówił o tej samej dziewczynie, która jej się wypłakiwała i dzieliła swoimi rozterkami. To było nie do przyjęcia.
Szarpnęła się i zamachnęła jego stronę. W pewnym momencie ktoś ją złapał za nadgarstek i objął ramionami. Przerażona zastygła w bezruchu.
- Jane, posłuchaj go. On mówi prawdę…- usłyszała znajomy, spokojny głos za uchem.
- Max, nie strasz mnie. Też chcesz zginąć razem z nim?- wycedziła wściekle.
- Janette, posłuchaj- zaczął ostrożnie Warr.- Mało razy mówiła, że ma cię dość? Pomyśl ile razy ty jej pomogłaś, a ile ona tobie. Katie nie jest osobą, za którą ją uważasz. Mówię ci to jako przyjaciel. Przecież znamy się nie od dziś. No i jako ktoś, kto ją kochał wszystkim co miał. Dziewczyna, którą znamy jest tylko sztucznym wytworem.- Widząc, że do oczu przyjaciółki napływają łzy kontynuował.- Ale tak bywa. Nie zawsze widzimy wszystko. A tak poza tym to ona mnie zdradziła.- Nie wiedziała o czym do niej mówi od paru minut. To, co słyszała było co najmniej niewiarygodne. Złość mieszała się z rozczarowaniem i narastającym poczuciem winy.
- Przepraszam- wyszeptała. Po jej policzkach popłynęły łzy. Odwróciła się do Maksa, wtuliła się w jego tors. Była dość niska jak na maturzystkę, a przy nim wyglądała jak mała lalka.
Warr odetchnął z ulgą i wrócił topienia smutków w piwie. Drugi w tym czasie mruczał coś uspakajająco we włosy Jane.

            Cała trójka siedziała wieczorem o Warrena w domu oglądając w ciszy telewizję.
- Chłopaki, wiedzcie, że ja tego tak nie zostawię- zaczął rudzielec.- Skoro Kat myślała, że może mnie wykorzystywać… - zaśmiała się gorzko dopijając kieliszek wina.
- Co zamierzasz zrobić, zła kobieto?- zapytał niepewnie Max, po czym wymienił spojrzenie z Warr’em, który siedział z jej drugiej strony. Ta, z kolei uniosła dumnie głowę, uśmiechnęła się triumfalnie i zapowiedziała :
- Jeśli ona myśli, że poznała już moją straszną stronę, to się myli. Widziała zaledwie przedsmak.
- Panno Jones, co pani ma w zanadrzu?
- Panie Harris, będziemy się mścić za nasze krzywdy.
- Cieszę się, że nie miałem z tą dziewczyną za dużo do czynienia. A wy, przeszliście chyba na ciemną stronę mocy- zakpił Max.- Mówiłem ci już, żebyś mi przypomniała, gdybym ci zaszedł za skórę? Tak? Jesteś pewna?- Ale ona była już zatopiona w myślach…

poniedziałek, 11 listopada 2013

Cz. dalsza 2... może przeżyję.

Nie miałam tego ciągnąć, ale… co zrobić, coś pewnego się wydarzyło. Olśniło mnie kochani.
Macie na razie tyle sępy :D


            Zbliżałam się do Blue Cafe. Przez wielką szybę kawiarni dostrzegłam pośród tłumu Sky siedzącą z telefonem. Gdy weszłam zobaczyłam zupełnie inną osobę. Nie moją przyjaciółkę, a jej puste zwłoki z telefonem przy szyi. Była blada, a jej pusto wpatrzony w przestrzeń wzrok, zbił mnie z tropu najbardziej. Zbliżyłam się ostrożnie do kanapy na której siedziała.
- Skylar…- zaczęłam cicho próbując ją wskrzesić.- Kobieto, co się stało?- kontynuowałam. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. NIGDY.
- On… nie żyje…- brązowe oczy zapełniły się łzami.- Oscar miał wypadek- dodała cicho. Serce podskoczyło mi do gardła. Opadłam na siedzenie.
- Co ty mówisz? Jak? Co…- nie wiedziałam co powiedzieć, nie byłam już nawet zszokowana. Byłam przerażona.

- Wjechał motocyklem pod ciężarówkę. Nie miał żadnych szans- szepnęła, po czym opadła na miejsce obok. 

niedziela, 1 września 2013

Opowiadanie 6... znowu. Ale teraz część druga.


Dni bez Camerona i chłopaków z zespołu wydawały się być długie i koszmarnie nudne. Nikt nie żartował, nie przekomarzał się i nikt nie obrywał. Co jakiś czas przychodził albo Matt, albo Chris, albo Rufus. Znałam ich dosyć dobrze, więc było to dla mnie normalne, ale gdy zaczynali temat, że czemu ich unikam lub zaczynali opowiadać coś o Camie robiło mi się zwyczajnie głupio. A najgorsze było to, że mi go tak cholernie brakowało, że nie wiedziałam czym się zająć żeby tylko dać myślom odpocząć. Czułam jego obecność, gdy nadchodził, a moje poczucie winy i obawy, które mnie miażdżyły, nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Nie wiedziałam, że nie umiem się bez niego obejść.
Z moich głębokich rozmyślań wyrwał mnie dźwięk smsa. „O 20tej impreza u Abbs”. Wyrwanie  się ze swoich myśli. Tego mi było trzeba. Wyjścia z czterech ścian pokoju. Zawsze byłam mieszanką wybuchową. Z jednej strony byłam osobą otwartą na nowe wyzwania, ludzi, propozycje, a z drugiej byłam samotniczką lubiącą swoje towarzystwo. A wyjście do ludzi w tym momencie wydawało się być wręcz genialne.
Ruszyłam swoją leniwą dupę, przebrałam się, ułożyłam włosy, zrobiłam ostry makijaż i założyłam ulubione szpilki. Jakby nie patrzeć to mam tylko dwie pary, więc obie były ulubione. Po około trzydziestu minutach byłam od domem, a w zasadzie to willą Abbie. Dziewczyna była jedynaczką i miała bogatych rodziców. Czegokolwiek sobie nie zapragnęła, miała. Pewnie dlatego była jedną z podwładnych Lori.
Gdy tylko zobaczyłam imprezę, przypomniałam sobie wycieczkę. Cam przyrównałby to do zamieszek. Kurwa, człowieku, wyjdź z mojej głowy…
Wchodząc do środka, przechodząc przez korytarze pełne „nieświeżych” już ludzi, stwierdziłam, że impreza jak impreza. Alkohol, muzyka, ludzie. Dużo ludzi. Dużo alkoholu. I żeby tylko. Czas się troszkę znieczulić…
*
Siedzę właśnie przy barku u Abbs. Zamieszki. Ale to zajebiście, bo chociaż na chwilę oderwę się od Robin. Nie mogę już myśleć o niej. To mnie wykańcza. Muszę przestać. Staję się bezużyteczny. Muzyka przycichła. Ludzie zgromadzili się w kółku. Kółku? Chyba różańcowym, kurwa. Ludzie się zeszli. Tak, o to mi chodziło. Uuu, szykuje się zadyma.
- Jak śmiesz mi się na oczy pokazywać dziwko?- doszedł do mnie kpiący znajomy głos. Odwróciłem się.
- To, że nie potrafisz znieść, że już nic mnie z tobą nie łączy to nie powód, żeby nazywać mnie dziwką, rozumiesz? A zerwanie z tobą było najlepsza rzeczą, jaką w życiu zrobiłam.- parę osób prychnęło śmiechem. Co ja, kurwa, wśród koni żyje?- Widzę, że wszystkim wmówiłeś, że to ty ze mną skończyłeś. Żałosne. A teraz spierdalaj, idź do swojej blond dziuni.- Czy ta dziewczyna zawsze musi się pakować w jakieś kłopoty?- A może nawet ona cię nie chce. A może ją też szantażowałeś jak mnie, żeby z tobą była, co?!- Curt zacisnął szczękę i zacisnął palce w pięść. Coś się zaraz stanie. Ja to, kurwa, czuję.- No i co mi zrobisz? Wszyscy już wiedzą. Jesteś nikim.- syknęła z uśmiechem. Jego ręka się zamachnęła. Dalej nie wiem nawet co się działo. Wiem, że ten sykinkot leżał na ziemi, a mnie zabolał nadgarstek. Chyba właśnie odkryłem co się stało. Bądźmy szczerzy, długo nie trzeba się zastanawiać.
- Nie masz prawa poniżać żadnej kobiety. Żadnej, gnoju.- rzuciłem i wyszedłem. Po drodze spotkałem przerażone spojrzenie Robin. Czułem na sobie setki spojrzeń. Nie, żeby mi to przeszkadzało, bo byłem do tego przyzwyczajony,  końcu jestem gwiazdą. Ale miałem dosyć. Chciałem się schlać do nieprzytomności. Żeby nie myśleć o niej, nie pamiętać tego, co właśnie zrobiłem. Ale przyznam, że nieźle mu przypierdoliłem. Aż mi się lepiej zrobiło. Jakoś tak lekko. Zrobiłem przysługę światu.
Wychodząc z posesji Abbs usłyszałem stukot skuwek. Kurdupel założył sobie obcasy i myśli, że jest wysoki. Dogoniła mnie i stanęła naprzeciwko. Spojrzała na mnie. Oczy jej się zaszkliły. Bez słowa wtuliła się we mnie. Zaczęła płakać, przepraszać. Co ja mam, kurwa, zrobić?!
*
- Teraz ja się spytam ciebie. Czego ode mnie oczekujesz? Chcę wiedzieć na czym stoję.- zaczął, gdy ja się uspokoiłam. Nie wiem co się działo przez ostatnie dni, a to przed chwila? Co to miało znaczyć? Starczy trzęsienia się jak chihuahua w nowy rok o północy na dźwięk wystrzelonych petard. Tak jak stałam, miałam zamiar wszystko wygarnąć. POSTAWIĆ WSZYSTKO NA JEDNĄ KARTĘ.
- Pytasz czego oczekuję. Sama nie wiem. Ale jestem pewna, że jestem idiotką. Przepraszam. Nie ufam.- boska składnia i poprawność języczka powalają, ale nie jestem w stanie racjonalnie myśleć.
- Nie ufasz mi już?- nie patrzyłam na niego. Nie musiałam, wiedziałam jaki ma wyraz twarzy.
- Nie chodzi mi o to. Nie ufam sobie… a szczególnie kiedy jestem z tobą. Nie umiem tego wyjaśnić, ale taka jest prawda. Nawet nie masz pojęcia jak ciężko mi było przez te parę dni.- czułam jak mi łzy napływają. O pierdolę, i tak wyglądam pewnie jak panda. Nie umiem powstrzymywać łez.- Czułam się jakby ktoś…umarł. Jakbym to była ja. Jakbym się unosiła nad tym pieprzonym światem. Czułam się tak pusto, nijak. Wiesz co teraz powinieneś zrobić?- zaryzykowałam. Spojrzałam na niego. Milczał, studiował po kolei każde moje słowo.- Chciałabym żebyś mnie przyciągnął do siebie i pocałował. Jak na tych wszystkich cholernych filmach. Powinno zacząć padać. Taki hepi endzik i wszyscy szczęśliwi. Ale takie rzeczy się nie dzieją.- mówiłam kiwając przecząco głową i patrząc się pusto w przestrzeń przede mną.- Ludzie na co dzień takich rzeczy nie robią. Próbują zapomnieć. Znienawidzić. Nie zdziwię się jeśli kopniesz mnie, najzwyczajniej w świcie, w dupę. Każdy by tak zrobił…
- A widziałaś kiedyś, wariatko, żeby robił to, co wszyscy?- uśmiechnął się. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu. Ale wyczyn. Do czego ja prowokuję ludzi.
- Oddychasz? Ruszasz się?- odpowiedziałam odwzajemniając uśmiech.
- Jesteś niemożliwa, wiesz?- uśmiechnęłam się szerzej.- A co byś zrobiła, gdybym cię teraz nie pocałował?- Ten szczeniacki uśmieszek, błysk w ciemnobrązowych oczach i białe zęby. Taa, ciekawe czemu latało za nim pół dziewczyn z okolicy.
- Prawdopodobnie rzuciłabym się na ciebie jak głodny lew żądny krwi, jasne? Albo jak… Lori na torebkę z wyprzedaży.
- Czy ty mnie właśnie porównałaś do torebki?- jego urażenie było po prostu przekomiczne. Skąd ja takie słowa znam?!
-Ciesz się, że nie do butów, bo podejrzewam, że nie z jednego kozaka zrobiła pantofla. Przestań się śmiać- dodałam patrząc na wysokiego, umięśnionego, męskiego bruneta chichrającego się jak małe dziecko.- A pro po. Pudelek się zbliża.- sam jej widok mnie doprowadzał do szału. Te tlenione, natapirowane kudły aż chciało się powyrywać, albo podpalić.
- Ty suko!- Nie no, powtórka z rozrywki?- Jak możesz? Przedtem Curt, teraz Camuś! To z Curtem podziałało. Wystarczyła sekunda jak weszłaś do pokoju. A co mam zrobić z Camem?- jej wredny, piskliwy głos aż się prosił o ukatrupienie. Razem z nią. Ale… czekaj, czekaj. To ona była tą blondyną wtedy. A teraz chce się zabrać za Cama. HAHAHAHA, nie.
- Zostaw Camerona w spokoju.- ja już nie groziłam, ja ostrzegałam.
- A jakbyś tak nakryła go ze mną? Może w jakimś ciemnym zakątku.- mówiła to patrząc mi się perfidnie w oczy.
- A czemu sądzisz, że on by cię chciał?
- A kto by nie chciał. Już ci mówiłam, że jestem idealna. Każdy jest chętny. Mam kogo tylko chcę.- A sprawca tego zamieszania stał obok mnie i najwyraźniej próbował ogarnąć co się dzieje. Biedaczek, pewnie zatrzymał się na „Camuś” i go zemdliło. Mnie za pierwszym razem też. Spokojnie, to tylko reakcja wynikająca z połączenia zdrobnienia, słodyczy i tandety Lorraine.
- Skoro tak, to bądź jawnogrzesznicą gdzieś indziej.- spojrzała na mnie pustym wzrokiem. Nie, no, znowu złapała zawiechę. System się przegrzał. Uwaga, plastik się zaraz stopi… Jeszcze chwila. Chwilunia…
- Spieprzaj, kurwa, ze swoimi mądrościami. Zrozum, każdy facet woli ładne. Prędzej czy później i tak cię zdradzi. Jak każdy.- w tym momencie nie wytrzymałam. Moja pięść zawędrowała, w bardzo szybkim tempie, prościutko w jej nos. Zaczęła jęczeć, że jej coś tam połamałam. Przecież czułabym, gdyby kość pękła. Idiotka. Wtedy poczułam jakby mnie ktoś szarpnął za rękę. Cam wydobył mnie z tłumu napływających ludzi. Coś czuję, że w wielu męskich fantazjach dolano by nam olej albo kisiel. Wiecie, tak dla wzmocnienia efektu.

Chłopak przyciągnął mnie pod jakiś mur i przyparł mnie do niego. Pocałował bez słowa. Z początku delikatnie, a potem coraz bardziej łapczywie, chciwie. Błądził jedną ręką w moich włosach, a drugą po plecach. Powiedziałabym, że tą scenę wycięła cenzura, ale zważając na to, ile klnę to by raczej nic nie dało. Co i tak nie zmienia faktu, że przez pocałunki Camerona tracę grunt pod nogami i odlatuję. Ale nie do różowej krainy pudla, bez obaw. Fajnie przywalić komuś. Szczególnie, jeśli na coś zasłuży. A jej się nazbierało. Doszłam do wniosku, że o tym sobotnim wieczorze długo będą gadać. Ba, stanę się bohaterką. Ciekawe ile jeszcze takich kiepów spotkam w życiu…

_____________________________________________________________
No, to to by było na tyle. 
Pozdro&Ciao ~Wasz Tasiorek

sobota, 31 sierpnia 2013

Opowiadanie 6

Trochę się opieprzałam, ale mam :D Nie całe, ale połowa na pewno.

            Piątek, wieczór. Jedna z tych bardziej lub mniej popieprzonych wycieczek szkolnych. Ujmując sytuację zaistniałą poza moim pokojem można by określić jako coś pomiędzy ostrą imprezą, a zamieszkami. Gdzie są do cholery opiekunowie?! Pewnie chłopaki dosypali im czegoś nasennego do kawy… znowu. Ostatnio to była moja zasługa. No dobra. No to może jakaś obsługa? Ta, jedna babcia z epoki kamienia łupanego zajmująca się tym hostelem na wygwizdowiu. Chyba każdy zauważył, że jest głucha jak pień. Nawet nie. Uważaj, bo się obudzi, AHA, już to, kurwa, widzę. Piszczące jedenastolatki wracające z koncertu Biebera na słoniach w glanach by jej nie obudziły.
Co chwile ktoś wchodzi do mojego pokoju. Jakieś niesamowite pary najebane w cztery dupy… Nie, ten co przed chwilą obił się o futrynę będzie miał cztery dupy. Cztery osiemnastki tylko w samochodzie. Szkoda, że koleś jeździ rowerem. Nawet nie mam ochoty na imprezę. Co się ze mną dzieje?! Chyba zdurniałem do końca. Przecież ja zawsze mam towarzystwo. A poza ty darmowy alkohol za drzwiami, a ja siedzę sam w pokoju jak jakiś zakonnik. Kurwa.
*
Siedzę na schodach przed budynkiem, dopijam piwo. Wszyscy albo pijani, albo zaćpani. Ja się aż tak „dobrze” nie bawię. Party hard sobie wymyślili. I to na wycieczce szkolnej. Nie mam zamiaru użerać się z tymi debilami. Większość z nich za świętość traktuje pieniądze i pozycję. Nie, nie tą o pozycję mi chodzi. Mówię o popularności. O wy zboczuszki! Zresztą, ja też robię mnóstwo głupich rzeczy. Serio? Bycie dziewczyną największego kretyna w szkole? Tego niesamowicie popularnego, wysportowanego chłopaczka za którym połowa dziewczyn w szkole szaleje? Ale już niedługo. Nigdy więcej nie dam się szantażować temu frajerowi. NIGDY. W ogóle to całe bycie razem to przecież fotomontaż. I że nikt się nie zorientował. Idioci. Chyba tylko Cameron się czegoś domyśla. Jako jedyny nie jest jak oni; chciwi, fałszywi egoiści. Może myślę tak dlatego, bo go poznałam. Przecież na początku też się wydawał dupkiem za którym lata drugie pół szkoły. A teraz jest mi najbliższą mi osobą… Dla wszystkich cyniczny, obojętny, ale nie dla kogoś kto go rozumie i zna. Nie to, żebym się chwaliła czy coś, ale tak, mówię o sobie i o chłopakach z zespołu.
Czas zadbać o interes. Wstałam, weszłam do tego horroru połączonego z erotykami wszelkiej maści. Podeszłam do eskorty tego palanta.
- Chłopaki, nie widzieliście mojego ukochanego?- spytałam słodkim głosem uśmiechając się. Co ja z siebie muszę robić. Ostatnia przysługa u tej żmii.
- Piętnaście, słoneczko.- spojrzałam zdezorientowana. Chłopak wyglądał na drobnego cwaniaczka, który tak naprawdę chowa się pod spódnice mamie gdy coś się dzieje.- Pokój z numerem piętnastym. Takie urocze blondyneczki nie rozumieją?- ah, ta ironia. Zgrabnie podciągnięta do koloru włosów. Niech się cieszy że moja pięść nie została podciągnięta do jego nosa.
- To rozumienie u kobiet jest zależne od koloru włosów? A u was jak to działa? Od długości penisa? Współczuję ci. Nie dosyć, że brzydki i głupi to jeszcze z małym.- reszta wyrostków zachichotała. Jak baby.
Pokój piętnasty. To na drugim piętrze.
Zapukałam po czym wtargnęłam do środka. Mój niby-chłopak leci od tyłu jakąś inną… ŻE CO?!
*
Co ona w nim widzi? Przecież on się nią bawi. Ale przecież Robin nie dałaby sobą tak pomiatać. Tu musi o coś chodzić. Co nie zmienia faktu, że ten sukinsyn nie ma prawa. Nie ma takiego prawa, kurwa! Starczy. Czas wyjść z jaskini. Oszaleję przez tą dziewczynę.
               Coś przemknęło mi przed oczami. Robin. Pobiegła chyba do swojego pokoju.
Zanim zdążyłem ją dogonić, siedziała skulona w pokoju na łóżku  z czołem opartym o kolana.
Płakała.
- Rob…- coś się musiało stać.- Co się stało?- nie odpowiedziała.- Robin…- pełna ostrożność zachowana.
- Co mam ci powiedzieć, że co, że zastałam tego palanta z inną?! Tak?! Że pierdoli się z jakąś blondyną?! To chciałeś usłyszeć…?- widziałem jej oczy znowu zalewają łzy. Coś się we mnie zagotowało. Pękło. Jedyny cel to zajebać skurwiela.
- Zabije go. Upierdolę łeb przy samej dupie. Sukinsyn.- gwałtownie wstałem z materaca. Rozpierdoliłbym coś z miłą chęcią. Jak ten dziwkarz mógł jej coś takiego zrobić?! Poczułem jej delikatną dłoń na swoim ramieniu. Odwróciła sie przodem do mnie opierając się o drzwi.
- Nie! Proszę.- wiedziałem, że jeśli spojrzę w jej oczy będę zgubiony. Cała złość wyparuję, a tak chcę ją skupić na tym bęcwale. Wziąłem głęboki wdech. Zerknąłem na nią. Była niską, drobną osóbką, ale nie warto z nią zadzierać, bo można zapomnieć o spokojnym śnie. Zwykle była energiczną, odważną, nieustraszoną dziewczyną, która nie dała sobą pomiatać. A teraz stała zrezygnowana, zmęczona, bezbronna. Jej wielkie, zielonoszare oczy otoczone długimi czarnymi rzęsami patrzyły na mnie błagalnym wzrokiem.
- Rob, ale on cię zdradził, zranił cię, wykorzystał. Powinien skurwiel za to zapłacić.- próbowałem odzyskać wściekłość sprzed chwili. Gówno mogę.
- Ale ty nie rozumiesz…- szepnęła. Tak, ja nigdy nic nie rozumiem, bo jestem przecież idealny. Dla każdej. Bo zawsze mam czego tylko zapragnę. Przecież nic mnie nie obchodzi. Zabawne.
*
Siedzieliśmy u mnie na łóżku oparci o ścianę.
-Ale skąd on to wie? I jak w ogóle śmiał cię szantażować? Szczur…- mruknął po nosem.
- Nie wiem skąd. Przynajmniej już znasz prawdę. Nie chodzi mi o to, że bzykał inną, mam to gdzieś. Boli mnie to, że był ze mną i mnie zdradził. Spodziewałam się tego, ale…- nie wiedziałam co powiedzieć. Nie wiedziałam co myśleć, a co dopiero mówić. Nie wiem czego oczekiwałam.- Nawet jeśli to wszystko było udawane, to i tak boli. Nawet jeśli nic do niego nie czuję. No oprócz obrzydzenia.
- Mówiłem ci, żebyś się w to nie pakowała. Ja to, kurwa, wiedziałem. Wiedziałem, że on coś…- mimo tego, że próbował tego nie pokazywać w głowie obmyślał zemstę. Za dobrze go znałam. Nastała chwila ciszy.- Ale wiesz co mnie najbardziej wkurwia? Że wystarczyło mu parę informacji, żeby móc się tobą bawić. To, że kierował tobą i manipulował jak marionetką.- po raz kolejny nie umiałam go rozgryźć. Nie lubię takich momentów, gdy nie wiem o co chodzi. W jednym momencie mam wrażenie że znam każdą czyjąś myśl, a w drugim czuję się jakbym siedziała z całkiem obcą osobą. Cameron wyglądał jakby bił się z myślami, jakby próbował sobie coś uświadomić. W pewnym momencie po prostu wstał i skierował się do wyjścia. Tak, właśnie zbił mnie z tropu. Podążyłam jego śladami.
- Czego tak właściwie chcesz?- stanęłam z nim twarzą w twarz. Nie odpowiedział.- Czego ode mnie oczekujesz? Mam dosyć tego, że uciekasz.- jęknęłam zrezygnowanym głosem.- Niby z jednej strony się troszczysz i chcesz jak najlepiej, a z drugiej jesteś tak obojętny, że nawet nie wiem co robić. Czemu tak cię boli fakt, że mnie wykorzystał, że szantażował? Dlaczego tak reagujesz, skoro o tym wiedziałeś? Nie wmówisz mi, że nie zastanawiałeś się dlaczego jestem z tym pajacem. Co cię to obchodzi?! Co cię tak męczy?!- starałam się, żeby mój głos brzmiał łagodnie, ale i tak krzyczałam. To było silniejsze. Patrzył na mnie starając się rozgryźć co mam w głowie. I chyba najgorsze jest to, że mu się udało…
- Wiesz co bym teraz zrobił?- zaczął powoli patrząc się pusto w klamkę obok mnie.- Pocałowałbym cię.- urwał, przeniósł wzrok na mnie.- Tak, żebyś zrozumiała dlaczego reaguję tak a nie inaczej. Żebyś wiedziała ile dla mnie znaczysz. Żebyś zdała sobie sprawę dlaczego wkurwiało mnie to, że ten skurwiel cię dotykał i był przy tobie na pokaz. Ale tego nie zrobię, bo będziesz się mnie bała i się oddalisz, a tego bym nie chciał. Idę się napić.- otworzył drzwi i wyszedł. W swojej głowie miałam białą przestrzeń. Nie doszły do mnie jeszcze jego słowa. W tym momencie byłam bardziej zakręcona niż słoik z ogórkami czy zatkana jak butelka starego wina. Położyłam się i usnęłam nie zważając na rebelię za drzwiami.
Gdy się rano obudziłam byłam szczęśliwa, że to ostatni dzień pobytu tutaj. Powrót do domu. Przez weekend będę mogła przemyśleć parę rzeczy, a przede wszystkim obmyślić dalszy plan postępowania.

Sobota i niedziela tak szybko minęły, że nawet odespać nie zdążyłam. Znaczy odsypiałabym, gdybym mogła. Cały czas po głowie to, co mówił Cameron. „ Żebyś wiedziała ile dla mnie znaczysz.” Co mam robić? Chciałabym mieć więcej czasu, ale poniedziałek chyba mnie nienawidzi. Postanowiłam, będę go unikać. Jeśli będzie chciał i tak mnie znajdzie. Nie chodzi mi o poniedziałek (tak tylko mówię, żeby ci mniej ogarnięci zrozumieli).
Z samego rana, gdy tylko przekroczyłam mury mojego liceum, zajęłam się wprowadzaniem planu w życie. Pierwszym punktem było znalezienie tego palanta. Mignął mi przed oczami koło schodów.
- Curt, czekaj.- zgarnęłam go z korytarza. Chociaż byłam bojowo nastawiona postanowiłam zachować spokój i załatwić to szybko.- Mam gdzieś twoje szantażyki poniżej poziomu, bzykania po kątach i twojej magicznej mocy zwanej kołkiem w dupie. Mam cię dosyć. Rób co chcesz, ale ode mnie się odwal. Nie masz szacunku do nikogo. Nie odzywaj się i zostaw mnie w spokoju.
- Robin, przestań się wygłupiać, ludzi patrzą.
- Mam ich tak głęboko  w swoim poważaniu jak i ciebie.- syknęłam. Złapał mnie za przedramię i pociągnął na bok.
- Chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli czegoś o tobie?- spytał chamsko.
- Rób co chcesz, nie będę bardziej upokorzona niż wtedy, gdy udawałam, że z tobą jestem.- odepchnęłam go na ścianę i ruszyłam pewnym krokiem w głąb szkoły.
Kolejne godziny mijały na chowaniu się. Kilka razy spotkałam to Sama, to Rufusa czy jeszcze któregoś z zespołu. Widząc ich wiedziałam, że gdzieś blisko musi być Cam. Minął dzień. Przez pół nocy zastanawiałam się jak mam to rozegrać. Jest moim przyjacielem i nie wiem czy poradziłabym sobie bez niego. Chociaż był dla mnie naprawdę ważny i zrobiłabym bardzo dużo, żeby był przy mnie cały czas, ale boję się. Boję się tego, że będę od niego zależna, że stanie się dla mnie obsesją, a potem zostanę sama. Mała, bezbronna, zagubiona i samotna. Boję się sama siebie. Swoich emocji, uczuć i zachowań. Potrafię na co dzień poradzić sobie ze wszystkim co mnie otacza, a nie umiem zająć się sobą. Jestem beznadziejna. Daję rady wszystkim wokół, a sama nie umiem się do nich zastosować. Jestem nikim.
Kolejny dzień, poranek jak zwykle; śniadanie, wyjście, siedzenie przed lekcjami pod drzewem za szkołą. Wejście do klas. Lekcje. Kolejne godziny, znowu. Brakuje mi go.
Właśnie wychodziłam ze szkoły, gdzie zaatakował mnie pudel. Plastikowa plotkara z toną tapety na twarzy. Niech sobie dupę zaszpachluje. I że nikt nie wpadł na genialny pomysł, żeby na święta czy urodziny podarować jej szpachelkę, demakijaż byłby łatwiejszy.
- Ty wredna, kłamliwa suko!- oho, ciekawie się zaczyna, aż miło posłuchać. Biedaczka chyba nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo bawią mnie jej przesłodzone i proste zagrania.- Odczep się od mojego Camusia! Ty, ty, ty- zawiesiła się chyba. Oj, procesor się przegrzał. Bęben maszyny losującej jest pusty. Zaraz nastąpi zwolnienie blokady…- ty pustaku! Ty dziuniu!- krzyknęła piskliwym głosikiem. Ale mi dogadała. Aż z tej radości spowodowanej jej poziomem intelektualnym mam ochotę skakać. Z mostu. Ale spokojnie, ja tego tak nie zostawię. Nie będą mi parapety pluć w twarz.
- Słuchaj pudelku, Może nie jestem damą, lubię nosić rurki, stare trampki, zabawne bluzki. Lubię malować paznokcie, skropić się perfumami. Kocham słuchać muzyki o której ty nawet nie masz pojęcia. Tak więc nie mów mi, że jestem pustą dziunią, bo jak ci przypierdolę to polecisz na tęczy do swojej różowej krainy jednorożców.- stałam z nią twarzą w twarz. Wzięłam głęboki wdech.- Mówisz, że kochasz Cama, a tak naprawdę ile razy powiedziałaś mu cześć?! Ile razy próbowałaś z nim porozmawiać?! On jest normalnym człowiekiem, takim jak każdy. Nie polubi cię za wygląd. Cameron nie jest taki.- powoli uspokajałam głos.
- Ty akurat niby wiesz jaki jest.- prychnęła- Wszyscy mi zazdroszczą, bo wiedza, że jestem idealna. Nie wiem dlaczego Camuś woli ciebie.- uśmiechnęłam się tylko do siebie. Camuś? Serio? Uwielbiam ludzi, którzy mogliby się zabić skacząc z własnego ego na poziom inteligencji.
- Wiesz co, Lori? Dam ci tylko radę na przyszłość.- postanowiłam podtrzymać jej niepewność. Odsunęłam się i dokończyłam.- Odczep się ode mnie. Aha, i nie zmieniaj tak często szminek, bo kolegom się tęcze na chujach porobią.- uśmiechnęłam się i odeszłam w stronę wyjścia. Miałam nadzieję, że to było wystarczająco wymowne.
- Jak długo zamierzasz uciekać?- usłyszałam pewny siebie głos. Wiedziałam nawet do kogo należy. Spojrzałam za siebie. Brunet oparty o ścianę z rękoma założonymi na piersi, wlepiający we mnie intensywne spojrzenie. Wiedziałam, że tej rozmowy nie uniknę.
- Skąd wiedziałeś, że dokładnie teraz miałam tędy iść?- próbowałam sprytnie uniknąć tematu.
- Rob, przecież cię znam. Słyszałem jak kłóciłaś się z Lorraine.- gdy widział, że nic nie mówię, kontynuował.- Wykończysz mnie. Mam dosyć tego, że nie ma cię obok. Że nie mogę cię normalnie dotknąć, poczuć zapachu twoich włosów, usłyszeć twojego śmiechu…- podszedł bliżej, odgarnął włosy z policzka i pocałował w czoło. Poczułam jak się rumienie, jak przechodzi mnie przyjemny prąd, jak serce podskakuje mi do gardła.
- Camuś, jak to możliwe, że ona jest lepsza?! Kim ona takim niby jest?- piszczący głos Lori w tym momencie był bardziej wkurzający niż zwykle, a to wyczyn.
- Czemu jest lepsza? I ty jeszcze, kurwa, pytasz? Chociażby dlatego, że nie jest taka jak ty. Nie jest sztuczna, pusta, plastikowa, fałszywa. Nie jest tobą.- jego spokojny głos był tak dobitny, że był gwoździem do trumny tego pudla.
- To jeszcze nie koniec.- zamruczała, odwróciła się na pięcie i poszła. Tyle radości w jednym geście. Ale pozostał mi jeszcze Cameron. Chciałam się stamtąd ulotnić, a jednocześnie zostać, żeby mnie pocałował. Zachowuję się jak gówniara.
- Dzięki.- mruknęłam, po czym ruszyłam w stronę domu. Nie wiem czemu to zrobiłam. Nawet nie próbował mnie zatrzymywać, wiedział, że potrzebowałam chwili samotności.
 ___________________________________________________________
Narazie tyle, ale już za chwilę druga część.
Pozdro&Ciao ~ Wasz Tasiorek

środa, 17 lipca 2013

Kilka słów z przemyśleń Tasiorka. Jedzenie kotów i inne takie.

     Jakiś czas temu w mojej szkole był egzorcysta. Ciekawe do jakiej klasy, nie ...? Nie wspominam o tym, że patrząc na nas był bardziej przerażony niż przekonany swoimi słowami, ale okay. Chcę zwrócić uwagę na to, co mówił. A mianowicie na te wszystkie "symbole okultystyczne". I wiecie co? LUDZIE, NIE POPADAJCIE W PARANOJĘ! Od dłuższego czasu czytam różnego typu felietony, blogi, artykuły o tej tematyce. Nie lubię jak ktoś mi wciska kit. A według niego każdy jest satanistą. Pierdolenie kotka za pomocą młotka. A jeśli chodzi o koty to są całkiem smaczne. Najlepiej polane świeżą krwią...
Żartuję, żeby nie było.
No i otóż to. Jeśli spojrzymy obiektywnym okiem na ten cały burdel to można ciekawych rzecz się dowiedzieć.
Jest wiele rzeczy, symboli, które zostały stworzone w dobrym celu. Może inaczej. Miały dobrą symbolikę, ale Jakiś Wielki Klub Szalonych Satanistów postanowił go przyjąć. No ale przecież to, że coś mi się spodoba i to zastosuje nie znaczy, że jest moje. Powiedzmy, że dam może trochę głupi przykład, ale wypatrzony kobiecym okiem. No to tak: spodoba nam się na przykład jakaś rzecz, chcemy ją kupić, ale czy jeśli zobaczymy ją u kogoś w złym połączeniu, to czy to sprawi, że dany przedmiot stanie się nieatrakcyjny? Nie, będzie tą samą rzeczą, nic jej nie zmieni.
Albo ta zła, okropna muzyka. Kto ją w ogóle wymyślił?! Jak to w ogóle muzyką można nazwać?! Zero przesłania, darcie mordy. I jeszcze ci biedni, zagubieni ludzie ślepo podążający za tym, chcący się upodobnić do idoli. Tak, mówię o disco polo i techno... No to Was zdezorientowałam. A Wy o czym pomyśleliście? O metalu? Punku? Rocku? A zostawcie tą muzykę w spokoju. Ludzie krytykują piosenki o prawdziwej miłości, uczuciach, o tym, że nie można się poddawać i walce w dążeniu do celu, a nie zwracają uwagi na teksty typu "bo ty jesteś zajebista, to sprawa oczywista, wyrosłaś na mądrą dziewczynę, dla ciebie umrę lub zginę" albo "ona tańczy dla mnie" .  Ba, mało tego, pochwalają to jeszcze. Śpiewają wyznania jakiegoś lalusia. Nie mam nic do ludzi, którzy słuchają czegoś innego, zachowują się inaczej i są inni niż ja, ale to mnie denerwuje. Nie mówię, że nie ma satanistycznych zespołów, ale nie każda kapela musi dzielić te poglądy. Wracając do muzyki i egzorcysty. Żebyście widzieli miny moich najukochańszych rówieśników, gdy ksiądz mówił, że ta muzyka jest zła itd. Niech się cieszy, że w pobliżu nie ma żadnych pali, masztów albo rzek, przepaści czy coś. Do złej szkoły trafił... A gdy wspomniał o Harrym Potterze, że to jest zuo w czystej postaci i że powinno być zakazane to... po prostu niech się cieszy, że jeszcze żyje. Nikt nie zabierze mi dzieciństwa!
A tak ogólnie to nie wiem, może mi się wydaje, ale normalny człowiek nie dostrzega w swojej szarej rzeczywistości pentagramów w My Little Pony, kajdanek w Monster High czy klątwy Hello Kitty. Ktoś musiał się tego doszukać. Po prostu. Dziękuję za uwagę.
Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek.

wtorek, 2 lipca 2013

coś innego- rysunek

Coś tam kiedyś zaczęłam, szkic powstał, ale nic poza tym... Może kiedyś przyjdzie jeszcze czas na dokończenie...
Pozdro&Ciao ~Wasz Tasiorek