ROZDZIAŁ XII
-Jesteś boska- krzyknął Warr szczerząc się do Janette.-
Mówiłem ci już o tym?! Mówiłem?- powtarzał. Cieszył się jak moher na wyprzedaży
różańców.
- Zachowujesz się jak baba w centrum handlowym, gdy są przeceny-
zakpił Max.
- Kretynie, będziemy bogaci, rozumiesz?
- Tak, ogarniam- zbył go widząc, że Jane nie kontaktuje.-
Mała, żyjesz?
- Jasne. Ja już idę. Mam jeszcze coś do załatwienia.- Wzięła
torebkę i wyszła.
- Co jej się stało?- spytał zdziwiony Warren.
- Nie wiem właśnie, ale od tego spotkania z Reubenem taka
chodzi. A tak w ogóle to dzwonił, żeby się z nią spotkać, bo jakieś papiery
jeszcze musi jej przekazać, a jak zaproponowałem, że przecież któryś z nas może
je odebrać, to powiedział tylko, że od tego jest menadżer.
- Wiesz, on chyba wie co robi. A Jane może ma jakiś chwilowy
kryzys. Może znowu jej starzy… wiesz o czym mówię. Przejdzie jej. Przecież to
Jane. Nasza Jane. Parę dni i po kłopocie, ale fakt, wygląda jak trup. Nie
wiem.- Warr przejmował się nią, ale nie aż tak jak Max. Jemu zależało w inny
sposób. I to cholernie zależało. A widok cienia pozostałego po Janette
przerażał go. Wiedział, że coś się stało. Ale co?
Siedziała u
siebie na sofie. W dłoniach gorąca czekolada, a w głowie wydarzenia z Clinique Cafe.
To, co tam się działo i to, co było potem. Coś, czego nie zapomni, coś co
wywoływało u niej obrzydzenie. Do samej siebie również.
Dźwięk smsa.
„Mam sprawę. Będę u ciebie za 2 godziny”. Stwierdziła, że
musi się przewietrzyć. Wyjść z tych pustych, czterech ścian. „Muszę się przejść.
Wpadnę o 18”
Max właśnie
wszedł do mieszkania. Zdążył zdjąć kurtkę, a już po chwili usłyszał pukanie.
- Wiesz, że nie musisz pukać, nie?
- Przyzwyczajenie- mruknęła.- Tak, więc, co to za sprawa?
- Po pierwsze, mogłem przyjść do ciebie. Po drugie, Reuben
chce się jeszcze raz spotkać. Ma niby jakieś papiery dla nas i chciał, żebyś je
odebrała. Powiedziałem, że na pewno przyjdziesz. W środę.- Jane gwałtownie
wyprostowała się i wyrzuciła powietrze z płuc.
- Czemu mu tak powiedziałeś?- Była przerażona, a serce
podeszło jej do gardła.
- A czemu nie. W środę miał wolne i powiedział, że to jest
pilne.
- Ale ja już nie chcę. Jemu się wydaje, że może mnie mieć-
wyrzuciła szybko.
- Co?- Max zmarszczył brwi.
- On nie chce papierów, tylko mnie, nie rozumiesz? Wiesz
dobrze, że tego nie wymyśliłam!
- Wiem, ale czemu tak sądzisz?
- Tak po prostu- mruknęła zagryzając do krwi wargę.
- Przecież nie może cię mieć- powiedział, ale widząc jej
poprzednią reakcję dodał- chyba nie dasz się jakiemuś podstarzałemu dupkowi. To
niemożliwe, nie mogłabyś być jego. Nie jego. Nie jakiegoś obcego, bogatego
sukinsyna.- To było dla niej gorsze, niż spoliczkowanie.
- Myślisz, że byłabym w stanie… - wymamrotała z
niedowierzaniem.- Naprawdę masz o mnie takie zdanie? Sądzisz, że potrafiłabym
być dziwką szukającą sponsora?!- krzyknęła.
- Nie o to mi chodziło- syknął.
- To o co? Przykro mi, że nie odebrałam twojego głębszego
przesłania, gdy mówiłeś, że chcę się oddać jakiemuś staremu facetowi, tylko
dlatego, że jest bogaty!
- Po prostu nie zniósłbym tego, że mogę cię stracić. Zrobiłbym
dla ciebie wszystko. Wiem, że nie zrobiłabyś tego z tym kretynem!
- Teraz tak mówisz?! A co, gdybym ci powiedziała, że za
późno. A tak w ogóle to mogę być z kim chcę, niezależnie od tego, kto, jaki
jest, rozumiesz?!
- Jane, przecież znam cię! Wiem, że mówisz tak, tylko po to,
żeby mnie bardziej wkurwić.
- Ja ciebie?! Nic nie wiesz!- ruszyła do wyjścia- Wydaje ci
się, że mnie znasz! Tylko ci się wydaje-wykrzyczała mu prosto w twarz.- Nie
masz prawa decydować za mnie, rozumiesz?! Wiesz co ja tam przeżyłam? Nie wiesz!
Ty nic nie wiesz!- Chłopak przyparł ją do drzwi. W końcu to jego terytorium.
Oparł rękę obok jej głowy. Spojrzał w tętniące wściekłością
oczy, w których zbierały się łzy. Zbliżył się, ale na taka odległość, że mogła
odwrócić głowę. Mogła wyjść w każdej chwili. Zostawić go tam. Być może właśnie
dlatego nie uciekła.
Teraz był jeszcze bliżej. Dziewczyna zesztywniała. Otworzyła
wcześniej zaciśnięte usta. Jak on to zrobił? W jednej chwili chciała go zabić,
a w drugiej zerwać z niego ubranie i… Jak? Jedyne czego teraz chciała, to
poczuć jego smak. A on dobrze o tym wiedział. Nauczył się rozpoznawać reakcje
kobiet na swoją osobę. Jak to mówią- doświadczenie.
- Widzisz jak mało potrzeba, byś była moja- powiedział w
pewnym momencie, ale brzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż jak pytanie.
Nieważne co to było, ale podziałało na Jane jak zimny prysznic. Otrząsnęła się,
zacisnęła szczękę, odepchnęła Maksa i wybiegła z jego mieszkania. Jak mogła dać
się tak omamić…
- Jane, przepraszam- krzyknął, pobiegł za nią.- O czym ty
mówisz, co on ci zrobił?- Widząc, że dziewczynie zaszkliły się oczy, przytulił
ją.- Co się stało w Clinique Caffe?