Piątek,
wieczór. Jedna z tych bardziej lub mniej popieprzonych wycieczek szkolnych.
Ujmując sytuację zaistniałą poza moim pokojem można by określić jako coś
pomiędzy ostrą imprezą, a zamieszkami. Gdzie są do cholery opiekunowie?! Pewnie
chłopaki dosypali im czegoś nasennego do kawy… znowu. Ostatnio to była moja
zasługa. No dobra. No to może jakaś obsługa? Ta, jedna babcia z epoki kamienia
łupanego zajmująca się tym hostelem na wygwizdowiu. Chyba każdy zauważył, że
jest głucha jak pień. Nawet nie. Uważaj, bo się obudzi, AHA, już to, kurwa,
widzę. Piszczące jedenastolatki wracające z koncertu Biebera na słoniach w
glanach by jej nie obudziły.
Co chwile ktoś wchodzi do mojego pokoju. Jakieś niesamowite
pary najebane w cztery dupy… Nie, ten co przed chwilą obił się o futrynę będzie
miał cztery dupy. Cztery osiemnastki tylko w samochodzie. Szkoda, że koleś
jeździ rowerem. Nawet nie mam ochoty na imprezę. Co się ze mną dzieje?! Chyba
zdurniałem do końca. Przecież ja zawsze mam towarzystwo. A poza ty darmowy
alkohol za drzwiami, a ja siedzę sam w pokoju jak jakiś zakonnik. Kurwa.
*
Siedzę na schodach przed budynkiem, dopijam piwo. Wszyscy
albo pijani, albo zaćpani. Ja się aż tak „dobrze” nie bawię. Party hard sobie
wymyślili. I to na wycieczce szkolnej. Nie mam zamiaru użerać się z tymi
debilami. Większość z nich za świętość traktuje pieniądze i pozycję. Nie, nie
tą o pozycję mi chodzi. Mówię o popularności. O wy zboczuszki! Zresztą, ja też
robię mnóstwo głupich rzeczy. Serio? Bycie dziewczyną największego kretyna w
szkole? Tego niesamowicie popularnego, wysportowanego chłopaczka za którym
połowa dziewczyn w szkole szaleje? Ale już niedługo. Nigdy więcej nie dam się
szantażować temu frajerowi. NIGDY. W ogóle to całe bycie razem to przecież
fotomontaż. I że nikt się nie zorientował. Idioci. Chyba tylko Cameron się
czegoś domyśla. Jako jedyny nie jest jak oni; chciwi, fałszywi egoiści. Może
myślę tak dlatego, bo go poznałam. Przecież na początku też się wydawał dupkiem
za którym lata drugie pół szkoły. A teraz jest mi najbliższą mi osobą… Dla
wszystkich cyniczny, obojętny, ale nie dla kogoś kto go rozumie i zna. Nie to,
żebym się chwaliła czy coś, ale tak, mówię o sobie i o chłopakach z zespołu.
Czas zadbać o interes. Wstałam, weszłam do tego horroru
połączonego z erotykami wszelkiej maści. Podeszłam do eskorty tego palanta.
- Chłopaki, nie widzieliście mojego ukochanego?- spytałam
słodkim głosem uśmiechając się. Co ja z siebie muszę robić. Ostatnia przysługa
u tej żmii.
- Piętnaście, słoneczko.- spojrzałam zdezorientowana.
Chłopak wyglądał na drobnego cwaniaczka, który tak naprawdę chowa się pod
spódnice mamie gdy coś się dzieje.- Pokój z numerem piętnastym. Takie urocze
blondyneczki nie rozumieją?- ah, ta ironia. Zgrabnie podciągnięta do koloru
włosów. Niech się cieszy że moja pięść nie została podciągnięta do jego nosa.
- To rozumienie u kobiet jest zależne od koloru włosów? A u
was jak to działa? Od długości penisa? Współczuję ci. Nie dosyć, że brzydki i
głupi to jeszcze z małym.- reszta wyrostków zachichotała. Jak baby.
Pokój piętnasty. To na drugim piętrze.
Zapukałam po czym wtargnęłam do środka. Mój niby-chłopak
leci od tyłu jakąś inną… ŻE CO?!
*
Co ona w nim widzi? Przecież on się nią bawi. Ale przecież
Robin nie dałaby sobą tak pomiatać. Tu musi o coś chodzić. Co nie zmienia
faktu, że ten sukinsyn nie ma prawa. Nie ma takiego prawa, kurwa! Starczy. Czas
wyjść z jaskini. Oszaleję przez tą dziewczynę.
Coś przemknęło mi przed oczami. Robin. Pobiegła chyba do
swojego pokoju.
Zanim zdążyłem ją dogonić, siedziała skulona w pokoju na
łóżku z czołem opartym o kolana.
Płakała.
- Rob…- coś się musiało stać.- Co się stało?- nie
odpowiedziała.- Robin…- pełna ostrożność zachowana.
- Co mam ci powiedzieć, że co, że zastałam tego palanta z
inną?! Tak?! Że pierdoli się z jakąś blondyną?! To chciałeś usłyszeć…?-
widziałem jej oczy znowu zalewają łzy. Coś się we mnie zagotowało. Pękło.
Jedyny cel to zajebać skurwiela.
- Zabije go. Upierdolę łeb przy samej dupie. Sukinsyn.-
gwałtownie wstałem z materaca. Rozpierdoliłbym coś z miłą chęcią. Jak ten
dziwkarz mógł jej coś takiego zrobić?! Poczułem jej delikatną dłoń na swoim
ramieniu. Odwróciła sie przodem do mnie opierając się o drzwi.
- Nie! Proszę.- wiedziałem, że jeśli spojrzę w jej oczy będę
zgubiony. Cała złość wyparuję, a tak chcę ją skupić na tym bęcwale. Wziąłem
głęboki wdech. Zerknąłem na nią. Była niską, drobną osóbką, ale nie warto z nią
zadzierać, bo można zapomnieć o spokojnym śnie. Zwykle była energiczną,
odważną, nieustraszoną dziewczyną, która nie dała sobą pomiatać. A teraz stała
zrezygnowana, zmęczona, bezbronna. Jej wielkie, zielonoszare oczy otoczone
długimi czarnymi rzęsami patrzyły na mnie błagalnym wzrokiem.
- Rob, ale on cię zdradził, zranił cię, wykorzystał.
Powinien skurwiel za to zapłacić.- próbowałem odzyskać wściekłość sprzed
chwili. Gówno mogę.
- Ale ty nie rozumiesz…- szepnęła. Tak, ja nigdy nic nie
rozumiem, bo jestem przecież idealny. Dla każdej. Bo zawsze mam czego tylko
zapragnę. Przecież nic mnie nie obchodzi. Zabawne.
*
Siedzieliśmy u mnie na łóżku oparci o ścianę.
-Ale skąd on to wie? I jak w ogóle śmiał cię szantażować? Szczur…-
mruknął po nosem.
- Nie wiem skąd. Przynajmniej już znasz prawdę. Nie chodzi
mi o to, że bzykał inną, mam to gdzieś. Boli mnie to, że był ze mną i mnie
zdradził. Spodziewałam się tego, ale…- nie wiedziałam co powiedzieć. Nie
wiedziałam co myśleć, a co dopiero mówić. Nie wiem czego oczekiwałam.- Nawet
jeśli to wszystko było udawane, to i tak boli. Nawet jeśli nic do niego nie
czuję. No oprócz obrzydzenia.
- Mówiłem ci, żebyś się w to nie pakowała. Ja to, kurwa,
wiedziałem. Wiedziałem, że on coś…- mimo tego, że próbował tego nie pokazywać w
głowie obmyślał zemstę. Za dobrze go znałam. Nastała chwila ciszy.- Ale wiesz
co mnie najbardziej wkurwia? Że wystarczyło mu parę informacji, żeby móc się
tobą bawić. To, że kierował tobą i manipulował jak marionetką.- po raz kolejny
nie umiałam go rozgryźć. Nie lubię takich momentów, gdy nie wiem o co chodzi. W
jednym momencie mam wrażenie że znam każdą czyjąś myśl, a w drugim czuję się
jakbym siedziała z całkiem obcą osobą. Cameron wyglądał jakby bił się z
myślami, jakby próbował sobie coś uświadomić. W pewnym momencie po prostu wstał
i skierował się do wyjścia. Tak, właśnie zbił mnie z tropu. Podążyłam jego
śladami.
- Czego tak właściwie chcesz?- stanęłam z nim twarzą w
twarz. Nie odpowiedział.- Czego ode mnie oczekujesz? Mam dosyć tego, że
uciekasz.- jęknęłam zrezygnowanym głosem.- Niby z jednej strony się troszczysz
i chcesz jak najlepiej, a z drugiej jesteś tak obojętny, że nawet nie wiem co
robić. Czemu tak cię boli fakt, że mnie wykorzystał, że szantażował? Dlaczego
tak reagujesz, skoro o tym wiedziałeś? Nie wmówisz mi, że nie zastanawiałeś się
dlaczego jestem z tym pajacem. Co cię to obchodzi?! Co cię tak męczy?!- starałam
się, żeby mój głos brzmiał łagodnie, ale i tak krzyczałam. To było silniejsze.
Patrzył na mnie starając się rozgryźć co mam w głowie. I chyba najgorsze jest
to, że mu się udało…
- Wiesz co bym teraz zrobił?- zaczął powoli patrząc się
pusto w klamkę obok mnie.- Pocałowałbym cię.- urwał, przeniósł wzrok na mnie.-
Tak, żebyś zrozumiała dlaczego reaguję tak a nie inaczej. Żebyś wiedziała ile
dla mnie znaczysz. Żebyś zdała sobie sprawę dlaczego wkurwiało mnie to, że ten
skurwiel cię dotykał i był przy tobie na pokaz. Ale tego nie zrobię, bo
będziesz się mnie bała i się oddalisz, a tego bym nie chciał. Idę się napić.-
otworzył drzwi i wyszedł. W swojej głowie miałam białą przestrzeń. Nie doszły
do mnie jeszcze jego słowa. W tym momencie byłam bardziej zakręcona niż słoik z
ogórkami czy zatkana jak butelka starego wina. Położyłam się i usnęłam nie
zważając na rebelię za drzwiami.
Gdy się rano obudziłam byłam szczęśliwa, że to ostatni dzień
pobytu tutaj. Powrót do domu. Przez weekend będę mogła przemyśleć parę rzeczy,
a przede wszystkim obmyślić dalszy plan postępowania.
Sobota i niedziela tak szybko minęły, że nawet odespać nie
zdążyłam. Znaczy odsypiałabym, gdybym mogła. Cały czas po głowie to, co mówił
Cameron. „ Żebyś wiedziała ile dla mnie znaczysz.” Co mam robić? Chciałabym
mieć więcej czasu, ale poniedziałek chyba mnie nienawidzi. Postanowiłam, będę
go unikać. Jeśli będzie chciał i tak mnie znajdzie. Nie chodzi mi o poniedziałek (tak tylko mówię, żeby ci mniej ogarnięci zrozumieli).
Z samego rana, gdy tylko przekroczyłam mury mojego liceum,
zajęłam się wprowadzaniem planu w życie. Pierwszym punktem było znalezienie
tego palanta. Mignął mi przed oczami koło schodów.
- Curt, czekaj.- zgarnęłam go z korytarza. Chociaż byłam
bojowo nastawiona postanowiłam zachować spokój i załatwić to szybko.- Mam
gdzieś twoje szantażyki poniżej poziomu, bzykania po kątach i twojej magicznej
mocy zwanej kołkiem w dupie. Mam cię dosyć. Rób co chcesz, ale ode mnie się
odwal. Nie masz szacunku do nikogo. Nie odzywaj się i zostaw mnie w spokoju.
- Robin, przestań się wygłupiać, ludzi patrzą.
- Mam ich tak głęboko w swoim poważaniu jak i ciebie.- syknęłam.
Złapał mnie za przedramię i pociągnął na bok.
- Chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli czegoś o tobie?-
spytał chamsko.
- Rób co chcesz, nie będę bardziej upokorzona niż wtedy, gdy
udawałam, że z tobą jestem.- odepchnęłam go na ścianę i ruszyłam pewnym krokiem
w głąb szkoły.
Kolejne godziny mijały na chowaniu się. Kilka razy spotkałam
to Sama, to Rufusa czy jeszcze któregoś z zespołu. Widząc ich wiedziałam, że
gdzieś blisko musi być Cam. Minął dzień. Przez pół nocy zastanawiałam się jak
mam to rozegrać. Jest moim przyjacielem i nie wiem czy poradziłabym sobie bez
niego. Chociaż był dla mnie naprawdę ważny i zrobiłabym bardzo dużo, żeby był
przy mnie cały czas, ale boję się. Boję się tego, że będę od niego zależna, że
stanie się dla mnie obsesją, a potem zostanę sama. Mała, bezbronna, zagubiona i
samotna. Boję się sama siebie. Swoich emocji, uczuć i zachowań. Potrafię na co
dzień poradzić sobie ze wszystkim co mnie otacza, a nie umiem zająć się sobą.
Jestem beznadziejna. Daję rady wszystkim wokół, a sama nie umiem się do nich
zastosować. Jestem nikim.
Kolejny dzień, poranek jak zwykle; śniadanie, wyjście,
siedzenie przed lekcjami pod drzewem za szkołą. Wejście do klas. Lekcje.
Kolejne godziny, znowu. Brakuje mi go.
Właśnie wychodziłam ze szkoły, gdzie zaatakował mnie pudel.
Plastikowa plotkara z toną tapety na twarzy. Niech sobie dupę zaszpachluje. I
że nikt nie wpadł na genialny pomysł, żeby na święta czy urodziny podarować jej
szpachelkę, demakijaż byłby łatwiejszy.
- Ty wredna, kłamliwa suko!- oho, ciekawie się zaczyna, aż
miło posłuchać. Biedaczka chyba nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo bawią
mnie jej przesłodzone i proste zagrania.- Odczep się od mojego Camusia! Ty, ty,
ty- zawiesiła się chyba. Oj, procesor się przegrzał. Bęben maszyny losującej
jest pusty. Zaraz nastąpi zwolnienie blokady…- ty pustaku! Ty dziuniu!-
krzyknęła piskliwym głosikiem. Ale mi dogadała. Aż z tej radości spowodowanej
jej poziomem intelektualnym mam ochotę skakać. Z mostu. Ale spokojnie, ja tego
tak nie zostawię. Nie będą mi parapety pluć w twarz.
- Słuchaj pudelku, Może nie jestem damą, lubię nosić rurki,
stare trampki, zabawne bluzki. Lubię malować paznokcie, skropić się perfumami.
Kocham słuchać muzyki o której ty nawet nie masz pojęcia. Tak więc nie mów mi,
że jestem pustą dziunią, bo jak ci przypierdolę to polecisz na tęczy do swojej
różowej krainy jednorożców.- stałam z nią twarzą w twarz. Wzięłam głęboki
wdech.- Mówisz, że kochasz Cama, a tak naprawdę ile razy powiedziałaś mu
cześć?! Ile razy próbowałaś z nim porozmawiać?! On jest normalnym człowiekiem,
takim jak każdy. Nie polubi cię za wygląd. Cameron nie jest taki.- powoli
uspokajałam głos.
- Ty akurat niby wiesz jaki jest.- prychnęła- Wszyscy mi
zazdroszczą, bo wiedza, że jestem idealna. Nie wiem dlaczego Camuś woli
ciebie.- uśmiechnęłam się tylko do siebie. Camuś? Serio? Uwielbiam ludzi, którzy mogliby się
zabić skacząc z własnego ego na poziom inteligencji.
- Wiesz co, Lori? Dam ci tylko radę na przyszłość.-
postanowiłam podtrzymać jej niepewność. Odsunęłam się i dokończyłam.- Odczep
się ode mnie. Aha, i nie zmieniaj tak często szminek, bo kolegom się tęcze na
chujach porobią.- uśmiechnęłam się i odeszłam w stronę wyjścia. Miałam nadzieję, że to było wystarczająco wymowne.
- Jak długo zamierzasz uciekać?- usłyszałam pewny siebie
głos. Wiedziałam nawet do kogo należy. Spojrzałam za siebie. Brunet oparty o
ścianę z rękoma założonymi na piersi, wlepiający we mnie intensywne spojrzenie.
Wiedziałam, że tej rozmowy nie uniknę.
- Skąd wiedziałeś, że dokładnie teraz miałam tędy iść?-
próbowałam sprytnie uniknąć tematu.
- Rob, przecież cię znam. Słyszałem jak kłóciłaś się z
Lorraine.- gdy widział, że nic nie mówię, kontynuował.- Wykończysz mnie. Mam
dosyć tego, że nie ma cię obok. Że nie mogę cię normalnie dotknąć, poczuć
zapachu twoich włosów, usłyszeć twojego śmiechu…- podszedł bliżej, odgarnął
włosy z policzka i pocałował w czoło. Poczułam jak się rumienie, jak przechodzi
mnie przyjemny prąd, jak serce podskakuje mi do gardła.
- Camuś, jak to możliwe, że ona jest lepsza?! Kim ona takim
niby jest?- piszczący głos Lori w tym momencie był bardziej wkurzający niż
zwykle, a to wyczyn.
- Czemu jest lepsza? I ty jeszcze, kurwa, pytasz? Chociażby
dlatego, że nie jest taka jak ty. Nie jest sztuczna, pusta, plastikowa,
fałszywa. Nie jest tobą.- jego spokojny głos był tak dobitny, że był gwoździem
do trumny tego pudla.
- To jeszcze nie koniec.- zamruczała, odwróciła się na
pięcie i poszła. Tyle radości w jednym geście. Ale pozostał mi jeszcze Cameron.
Chciałam się stamtąd ulotnić, a jednocześnie zostać, żeby mnie pocałował.
Zachowuję się jak gówniara.
- Dzięki.- mruknęłam, po czym ruszyłam w stronę domu. Nie wiem czemu to zrobiłam. Nawet
nie próbował mnie zatrzymywać, wiedział, że potrzebowałam chwili samotności.