sobota, 31 sierpnia 2013

Opowiadanie 6

Trochę się opieprzałam, ale mam :D Nie całe, ale połowa na pewno.

            Piątek, wieczór. Jedna z tych bardziej lub mniej popieprzonych wycieczek szkolnych. Ujmując sytuację zaistniałą poza moim pokojem można by określić jako coś pomiędzy ostrą imprezą, a zamieszkami. Gdzie są do cholery opiekunowie?! Pewnie chłopaki dosypali im czegoś nasennego do kawy… znowu. Ostatnio to była moja zasługa. No dobra. No to może jakaś obsługa? Ta, jedna babcia z epoki kamienia łupanego zajmująca się tym hostelem na wygwizdowiu. Chyba każdy zauważył, że jest głucha jak pień. Nawet nie. Uważaj, bo się obudzi, AHA, już to, kurwa, widzę. Piszczące jedenastolatki wracające z koncertu Biebera na słoniach w glanach by jej nie obudziły.
Co chwile ktoś wchodzi do mojego pokoju. Jakieś niesamowite pary najebane w cztery dupy… Nie, ten co przed chwilą obił się o futrynę będzie miał cztery dupy. Cztery osiemnastki tylko w samochodzie. Szkoda, że koleś jeździ rowerem. Nawet nie mam ochoty na imprezę. Co się ze mną dzieje?! Chyba zdurniałem do końca. Przecież ja zawsze mam towarzystwo. A poza ty darmowy alkohol za drzwiami, a ja siedzę sam w pokoju jak jakiś zakonnik. Kurwa.
*
Siedzę na schodach przed budynkiem, dopijam piwo. Wszyscy albo pijani, albo zaćpani. Ja się aż tak „dobrze” nie bawię. Party hard sobie wymyślili. I to na wycieczce szkolnej. Nie mam zamiaru użerać się z tymi debilami. Większość z nich za świętość traktuje pieniądze i pozycję. Nie, nie tą o pozycję mi chodzi. Mówię o popularności. O wy zboczuszki! Zresztą, ja też robię mnóstwo głupich rzeczy. Serio? Bycie dziewczyną największego kretyna w szkole? Tego niesamowicie popularnego, wysportowanego chłopaczka za którym połowa dziewczyn w szkole szaleje? Ale już niedługo. Nigdy więcej nie dam się szantażować temu frajerowi. NIGDY. W ogóle to całe bycie razem to przecież fotomontaż. I że nikt się nie zorientował. Idioci. Chyba tylko Cameron się czegoś domyśla. Jako jedyny nie jest jak oni; chciwi, fałszywi egoiści. Może myślę tak dlatego, bo go poznałam. Przecież na początku też się wydawał dupkiem za którym lata drugie pół szkoły. A teraz jest mi najbliższą mi osobą… Dla wszystkich cyniczny, obojętny, ale nie dla kogoś kto go rozumie i zna. Nie to, żebym się chwaliła czy coś, ale tak, mówię o sobie i o chłopakach z zespołu.
Czas zadbać o interes. Wstałam, weszłam do tego horroru połączonego z erotykami wszelkiej maści. Podeszłam do eskorty tego palanta.
- Chłopaki, nie widzieliście mojego ukochanego?- spytałam słodkim głosem uśmiechając się. Co ja z siebie muszę robić. Ostatnia przysługa u tej żmii.
- Piętnaście, słoneczko.- spojrzałam zdezorientowana. Chłopak wyglądał na drobnego cwaniaczka, który tak naprawdę chowa się pod spódnice mamie gdy coś się dzieje.- Pokój z numerem piętnastym. Takie urocze blondyneczki nie rozumieją?- ah, ta ironia. Zgrabnie podciągnięta do koloru włosów. Niech się cieszy że moja pięść nie została podciągnięta do jego nosa.
- To rozumienie u kobiet jest zależne od koloru włosów? A u was jak to działa? Od długości penisa? Współczuję ci. Nie dosyć, że brzydki i głupi to jeszcze z małym.- reszta wyrostków zachichotała. Jak baby.
Pokój piętnasty. To na drugim piętrze.
Zapukałam po czym wtargnęłam do środka. Mój niby-chłopak leci od tyłu jakąś inną… ŻE CO?!
*
Co ona w nim widzi? Przecież on się nią bawi. Ale przecież Robin nie dałaby sobą tak pomiatać. Tu musi o coś chodzić. Co nie zmienia faktu, że ten sukinsyn nie ma prawa. Nie ma takiego prawa, kurwa! Starczy. Czas wyjść z jaskini. Oszaleję przez tą dziewczynę.
               Coś przemknęło mi przed oczami. Robin. Pobiegła chyba do swojego pokoju.
Zanim zdążyłem ją dogonić, siedziała skulona w pokoju na łóżku  z czołem opartym o kolana.
Płakała.
- Rob…- coś się musiało stać.- Co się stało?- nie odpowiedziała.- Robin…- pełna ostrożność zachowana.
- Co mam ci powiedzieć, że co, że zastałam tego palanta z inną?! Tak?! Że pierdoli się z jakąś blondyną?! To chciałeś usłyszeć…?- widziałem jej oczy znowu zalewają łzy. Coś się we mnie zagotowało. Pękło. Jedyny cel to zajebać skurwiela.
- Zabije go. Upierdolę łeb przy samej dupie. Sukinsyn.- gwałtownie wstałem z materaca. Rozpierdoliłbym coś z miłą chęcią. Jak ten dziwkarz mógł jej coś takiego zrobić?! Poczułem jej delikatną dłoń na swoim ramieniu. Odwróciła sie przodem do mnie opierając się o drzwi.
- Nie! Proszę.- wiedziałem, że jeśli spojrzę w jej oczy będę zgubiony. Cała złość wyparuję, a tak chcę ją skupić na tym bęcwale. Wziąłem głęboki wdech. Zerknąłem na nią. Była niską, drobną osóbką, ale nie warto z nią zadzierać, bo można zapomnieć o spokojnym śnie. Zwykle była energiczną, odważną, nieustraszoną dziewczyną, która nie dała sobą pomiatać. A teraz stała zrezygnowana, zmęczona, bezbronna. Jej wielkie, zielonoszare oczy otoczone długimi czarnymi rzęsami patrzyły na mnie błagalnym wzrokiem.
- Rob, ale on cię zdradził, zranił cię, wykorzystał. Powinien skurwiel za to zapłacić.- próbowałem odzyskać wściekłość sprzed chwili. Gówno mogę.
- Ale ty nie rozumiesz…- szepnęła. Tak, ja nigdy nic nie rozumiem, bo jestem przecież idealny. Dla każdej. Bo zawsze mam czego tylko zapragnę. Przecież nic mnie nie obchodzi. Zabawne.
*
Siedzieliśmy u mnie na łóżku oparci o ścianę.
-Ale skąd on to wie? I jak w ogóle śmiał cię szantażować? Szczur…- mruknął po nosem.
- Nie wiem skąd. Przynajmniej już znasz prawdę. Nie chodzi mi o to, że bzykał inną, mam to gdzieś. Boli mnie to, że był ze mną i mnie zdradził. Spodziewałam się tego, ale…- nie wiedziałam co powiedzieć. Nie wiedziałam co myśleć, a co dopiero mówić. Nie wiem czego oczekiwałam.- Nawet jeśli to wszystko było udawane, to i tak boli. Nawet jeśli nic do niego nie czuję. No oprócz obrzydzenia.
- Mówiłem ci, żebyś się w to nie pakowała. Ja to, kurwa, wiedziałem. Wiedziałem, że on coś…- mimo tego, że próbował tego nie pokazywać w głowie obmyślał zemstę. Za dobrze go znałam. Nastała chwila ciszy.- Ale wiesz co mnie najbardziej wkurwia? Że wystarczyło mu parę informacji, żeby móc się tobą bawić. To, że kierował tobą i manipulował jak marionetką.- po raz kolejny nie umiałam go rozgryźć. Nie lubię takich momentów, gdy nie wiem o co chodzi. W jednym momencie mam wrażenie że znam każdą czyjąś myśl, a w drugim czuję się jakbym siedziała z całkiem obcą osobą. Cameron wyglądał jakby bił się z myślami, jakby próbował sobie coś uświadomić. W pewnym momencie po prostu wstał i skierował się do wyjścia. Tak, właśnie zbił mnie z tropu. Podążyłam jego śladami.
- Czego tak właściwie chcesz?- stanęłam z nim twarzą w twarz. Nie odpowiedział.- Czego ode mnie oczekujesz? Mam dosyć tego, że uciekasz.- jęknęłam zrezygnowanym głosem.- Niby z jednej strony się troszczysz i chcesz jak najlepiej, a z drugiej jesteś tak obojętny, że nawet nie wiem co robić. Czemu tak cię boli fakt, że mnie wykorzystał, że szantażował? Dlaczego tak reagujesz, skoro o tym wiedziałeś? Nie wmówisz mi, że nie zastanawiałeś się dlaczego jestem z tym pajacem. Co cię to obchodzi?! Co cię tak męczy?!- starałam się, żeby mój głos brzmiał łagodnie, ale i tak krzyczałam. To było silniejsze. Patrzył na mnie starając się rozgryźć co mam w głowie. I chyba najgorsze jest to, że mu się udało…
- Wiesz co bym teraz zrobił?- zaczął powoli patrząc się pusto w klamkę obok mnie.- Pocałowałbym cię.- urwał, przeniósł wzrok na mnie.- Tak, żebyś zrozumiała dlaczego reaguję tak a nie inaczej. Żebyś wiedziała ile dla mnie znaczysz. Żebyś zdała sobie sprawę dlaczego wkurwiało mnie to, że ten skurwiel cię dotykał i był przy tobie na pokaz. Ale tego nie zrobię, bo będziesz się mnie bała i się oddalisz, a tego bym nie chciał. Idę się napić.- otworzył drzwi i wyszedł. W swojej głowie miałam białą przestrzeń. Nie doszły do mnie jeszcze jego słowa. W tym momencie byłam bardziej zakręcona niż słoik z ogórkami czy zatkana jak butelka starego wina. Położyłam się i usnęłam nie zważając na rebelię za drzwiami.
Gdy się rano obudziłam byłam szczęśliwa, że to ostatni dzień pobytu tutaj. Powrót do domu. Przez weekend będę mogła przemyśleć parę rzeczy, a przede wszystkim obmyślić dalszy plan postępowania.

Sobota i niedziela tak szybko minęły, że nawet odespać nie zdążyłam. Znaczy odsypiałabym, gdybym mogła. Cały czas po głowie to, co mówił Cameron. „ Żebyś wiedziała ile dla mnie znaczysz.” Co mam robić? Chciałabym mieć więcej czasu, ale poniedziałek chyba mnie nienawidzi. Postanowiłam, będę go unikać. Jeśli będzie chciał i tak mnie znajdzie. Nie chodzi mi o poniedziałek (tak tylko mówię, żeby ci mniej ogarnięci zrozumieli).
Z samego rana, gdy tylko przekroczyłam mury mojego liceum, zajęłam się wprowadzaniem planu w życie. Pierwszym punktem było znalezienie tego palanta. Mignął mi przed oczami koło schodów.
- Curt, czekaj.- zgarnęłam go z korytarza. Chociaż byłam bojowo nastawiona postanowiłam zachować spokój i załatwić to szybko.- Mam gdzieś twoje szantażyki poniżej poziomu, bzykania po kątach i twojej magicznej mocy zwanej kołkiem w dupie. Mam cię dosyć. Rób co chcesz, ale ode mnie się odwal. Nie masz szacunku do nikogo. Nie odzywaj się i zostaw mnie w spokoju.
- Robin, przestań się wygłupiać, ludzi patrzą.
- Mam ich tak głęboko  w swoim poważaniu jak i ciebie.- syknęłam. Złapał mnie za przedramię i pociągnął na bok.
- Chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli czegoś o tobie?- spytał chamsko.
- Rób co chcesz, nie będę bardziej upokorzona niż wtedy, gdy udawałam, że z tobą jestem.- odepchnęłam go na ścianę i ruszyłam pewnym krokiem w głąb szkoły.
Kolejne godziny mijały na chowaniu się. Kilka razy spotkałam to Sama, to Rufusa czy jeszcze któregoś z zespołu. Widząc ich wiedziałam, że gdzieś blisko musi być Cam. Minął dzień. Przez pół nocy zastanawiałam się jak mam to rozegrać. Jest moim przyjacielem i nie wiem czy poradziłabym sobie bez niego. Chociaż był dla mnie naprawdę ważny i zrobiłabym bardzo dużo, żeby był przy mnie cały czas, ale boję się. Boję się tego, że będę od niego zależna, że stanie się dla mnie obsesją, a potem zostanę sama. Mała, bezbronna, zagubiona i samotna. Boję się sama siebie. Swoich emocji, uczuć i zachowań. Potrafię na co dzień poradzić sobie ze wszystkim co mnie otacza, a nie umiem zająć się sobą. Jestem beznadziejna. Daję rady wszystkim wokół, a sama nie umiem się do nich zastosować. Jestem nikim.
Kolejny dzień, poranek jak zwykle; śniadanie, wyjście, siedzenie przed lekcjami pod drzewem za szkołą. Wejście do klas. Lekcje. Kolejne godziny, znowu. Brakuje mi go.
Właśnie wychodziłam ze szkoły, gdzie zaatakował mnie pudel. Plastikowa plotkara z toną tapety na twarzy. Niech sobie dupę zaszpachluje. I że nikt nie wpadł na genialny pomysł, żeby na święta czy urodziny podarować jej szpachelkę, demakijaż byłby łatwiejszy.
- Ty wredna, kłamliwa suko!- oho, ciekawie się zaczyna, aż miło posłuchać. Biedaczka chyba nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo bawią mnie jej przesłodzone i proste zagrania.- Odczep się od mojego Camusia! Ty, ty, ty- zawiesiła się chyba. Oj, procesor się przegrzał. Bęben maszyny losującej jest pusty. Zaraz nastąpi zwolnienie blokady…- ty pustaku! Ty dziuniu!- krzyknęła piskliwym głosikiem. Ale mi dogadała. Aż z tej radości spowodowanej jej poziomem intelektualnym mam ochotę skakać. Z mostu. Ale spokojnie, ja tego tak nie zostawię. Nie będą mi parapety pluć w twarz.
- Słuchaj pudelku, Może nie jestem damą, lubię nosić rurki, stare trampki, zabawne bluzki. Lubię malować paznokcie, skropić się perfumami. Kocham słuchać muzyki o której ty nawet nie masz pojęcia. Tak więc nie mów mi, że jestem pustą dziunią, bo jak ci przypierdolę to polecisz na tęczy do swojej różowej krainy jednorożców.- stałam z nią twarzą w twarz. Wzięłam głęboki wdech.- Mówisz, że kochasz Cama, a tak naprawdę ile razy powiedziałaś mu cześć?! Ile razy próbowałaś z nim porozmawiać?! On jest normalnym człowiekiem, takim jak każdy. Nie polubi cię za wygląd. Cameron nie jest taki.- powoli uspokajałam głos.
- Ty akurat niby wiesz jaki jest.- prychnęła- Wszyscy mi zazdroszczą, bo wiedza, że jestem idealna. Nie wiem dlaczego Camuś woli ciebie.- uśmiechnęłam się tylko do siebie. Camuś? Serio? Uwielbiam ludzi, którzy mogliby się zabić skacząc z własnego ego na poziom inteligencji.
- Wiesz co, Lori? Dam ci tylko radę na przyszłość.- postanowiłam podtrzymać jej niepewność. Odsunęłam się i dokończyłam.- Odczep się ode mnie. Aha, i nie zmieniaj tak często szminek, bo kolegom się tęcze na chujach porobią.- uśmiechnęłam się i odeszłam w stronę wyjścia. Miałam nadzieję, że to było wystarczająco wymowne.
- Jak długo zamierzasz uciekać?- usłyszałam pewny siebie głos. Wiedziałam nawet do kogo należy. Spojrzałam za siebie. Brunet oparty o ścianę z rękoma założonymi na piersi, wlepiający we mnie intensywne spojrzenie. Wiedziałam, że tej rozmowy nie uniknę.
- Skąd wiedziałeś, że dokładnie teraz miałam tędy iść?- próbowałam sprytnie uniknąć tematu.
- Rob, przecież cię znam. Słyszałem jak kłóciłaś się z Lorraine.- gdy widział, że nic nie mówię, kontynuował.- Wykończysz mnie. Mam dosyć tego, że nie ma cię obok. Że nie mogę cię normalnie dotknąć, poczuć zapachu twoich włosów, usłyszeć twojego śmiechu…- podszedł bliżej, odgarnął włosy z policzka i pocałował w czoło. Poczułam jak się rumienie, jak przechodzi mnie przyjemny prąd, jak serce podskakuje mi do gardła.
- Camuś, jak to możliwe, że ona jest lepsza?! Kim ona takim niby jest?- piszczący głos Lori w tym momencie był bardziej wkurzający niż zwykle, a to wyczyn.
- Czemu jest lepsza? I ty jeszcze, kurwa, pytasz? Chociażby dlatego, że nie jest taka jak ty. Nie jest sztuczna, pusta, plastikowa, fałszywa. Nie jest tobą.- jego spokojny głos był tak dobitny, że był gwoździem do trumny tego pudla.
- To jeszcze nie koniec.- zamruczała, odwróciła się na pięcie i poszła. Tyle radości w jednym geście. Ale pozostał mi jeszcze Cameron. Chciałam się stamtąd ulotnić, a jednocześnie zostać, żeby mnie pocałował. Zachowuję się jak gówniara.
- Dzięki.- mruknęłam, po czym ruszyłam w stronę domu. Nie wiem czemu to zrobiłam. Nawet nie próbował mnie zatrzymywać, wiedział, że potrzebowałam chwili samotności.
 ___________________________________________________________
Narazie tyle, ale już za chwilę druga część.
Pozdro&Ciao ~ Wasz Tasiorek