środa, 21 stycznia 2015

GWIAZD NASZYCH WINA, czyli o tym jak popularność odrzuca i robi sieczkę.





       Wiecie, zazwyczaj, gdy coś jest popularne i świat wokół tego zaczyna się kręcić...to mnie odrzuca, przeraża i przerasta.
Przytłaczające uczucie modnego kiczu jest wszędzie, więc z góry zakładam, że to nie dla mnie.
Gdy sława schodzi na boczny tor, dany obiekt jest na liście 'priorytetów do przyswojenia', ale w przyszłości. Już po Wielkim Szale.
       No i przyszedł czas na „Gwiazd naszych wina”. Tytyryty!
Co mogę powiedzieć... Książka przedstawia historię na pozór magiczną, tragiczną, ale w moim odczuciu, że jest normalna. Codzienna. Ludzie codziennie zakochują się, umierają. Dla jednych rzeczywistość jest bardziej łaskawa, a dla innych mniej. Świat nie jest sprawiedliwy. Nikt nie mówił, że będzie lekko.
       A co, jeśli właśnie pospolitość ją wyróżnia? Zwrócenie uwagi na tragedię poszczególnych jednostek? 
       A co jeśli tak nie jest?
       Zauważmy pewną rzecz. Nie tylko Hazel Grace cierpi, a wszyscy skupiają się na jej. Robią z niej małą, słabą dziewczynkę, która przed światem jest twarda, bo chcą zobaczyć w niej kogoś, kim sami nie są.
Bądźmy szczerzy, istoty ludzkie, które codziennie mijamy, mają większe problemy. Zazwyczaj oprócz własnej choroby jest jeszcze trójka dzieci, kredyt pod hipotekę i stos innych zmartwień. 
       Wiecie, ludzie widzą w tej historii tylko absurd, jakim jest śmierć Augustusa, bo przecież on był dobry, kochał ją. Nie miał umrzeć. To on miał być na jej pogrzebie, nie na odwrót.
       A ja pokaże świat z innej strony. Nie tej miłosnej papki, na której skupia się film i tabun rozwrzeszczanych nastolatek.
Wiecie jak to jest, gdy rodzic musi zakopać zimne ciało swojego dziecka? Jak to jest wychowywać kogoś z nadzieją, że będzie miało rodzinę, duży dom z ogrodem. Że ten człowiek, którego uczyłeś chodzić, z nadzieją, że kiedyś role się odwrócą i to ciebie, niedołężnego, schorowanego trzeba będzie podtrzymywać... I uświadamiasz sobie, że to wszystko jest iluzją. Twoje dziecko umrze wcześniej niż ty. Mało tego! Będziesz patrzył jak powoli przekwita i jak przegrywa w walce z samym sobą, gdy każdy dzień będzie życiowym wyzwaniem. Wszystko pryska jak bańka mydlana po zetknięciu z rzeczywistością. Rodzic przestaje pełnić swoją najważniejsza rolę w życiu. Ale nie tylko rodzic. Brat. Siostra. Przyjaciel. Okrutny jest widok trumny spoczywającej w padole. Świadomości, że nie zobaczysz jak się uśmiecha, staje obywatelem i starzeje z godnością. Co noc masz te zmyślone rozmazane obrazy przed oczyma. Nie życzę najgorszym wrogom.
       Zrobiło się depresyjnie, więc wróćmy do konkretów.
       Interpretacja jest po to, by każdy mógł znaleźć w dowolnym przedmiocie swoją ideologię. I w momencie, gdy czytałam komentarze na temat tej książki (czy filmu)... Nie zachęciło mnie to zbytnio. Z opinii wynikało, że to jest to historia o nieszczęśliwej, niespełnionej miłości dwojga chorych ludzi.
Nope. Nope. Nope. 
Chodzi o walkę z samym sobą, z zamknięciem się we własnym świecie przemyśleń o śmierci i o tym co dalej. O pokonaniu własnych słabości. O przełamaniu schematów dotyczących umierania. O pojednaniu. Możecie wierzyć lub nie, tu jest coś więcej.
Podważenie ogólnie przyjętych praw egzystencjalizmu, istnienia.
Potwierdzenie, że świat jest tak cholernie niesprawiedliwy, że gdyby nie fakt, że jest czymś umownym, niejeden wyzwałby go od niespełnionych, żądnych ofiar kurw.
Historia miłosna jest wątkiem. Tłem. Tak naprawdę zajmuje kilkadziesiąt stron przy końcu. Reszta to spojrzenie na anturaż oczami szesnastoletniej Hazel z chorobą nowotworową, która walczy o każdy dzień. Mniej lub bardziej świadomie. Realistycznie.
Może to błędne posadzenie. Może faktycznie chodzi o coś płytszego niż walkę ze świadomością śmiertelności.
Może.
Co ja mogę wiedzieć, jestem przecież tylko jednym z milionów czytelników.
       To, co mogę powiedzieć o technicznych sprawach powieści: język lekki, zabawny i zrozumiały, nafaszerowany emocjami. Narratorka opisuje swój świat z cholernym dystansem. I to jest właśnie coś, co sprawia, że czyta się tę książkę bardzo szybko i przyjemnie. Zakochałam się w języku autora, o którym później Wam dopowiem. 

       Jak zapewne wszyscy wiedzą, ta powieść doczekała się EKRANIZACJI. Co to znaczy? WIERNEGO PRZENIESIENIA wydarzeń zawartych w lekturze (przynajmniej tak twierdzi Słownik Języka Polskiego). Niestety, mogę powiedzieć, że w moim odczuciu jest to jedynie adaptacja. Pominięto szczegóły, które są niemalże kluczowe, przez co 'ekranizacja' jest o wiele uboższa od oryginału.
Nie mówiąc o tym, że (powtórzę jeszcze raz) ekranizacja skupia się romansie. 
Jasne! 
Defenestrujmy wartości i morały! Skupmy się na tandetnym wypraniu mózgu nastolatkom (jako największej części grona odbiorców) tworząc ze wzruszającej historii o swoistym katharsis melodramatyczne filmidło. Nie mówię, że film sam w sobie jest zły. Jest dobry. Nie cudowny, może nie godny Oscarów. Jest naprawdę dobry. Dwa słowa in re filmu: warty polecenia.
A asystentka pisarza w adaptacji jest... szczupłą, wysoką, rudą, piękną holenderką. Wszyscy dobrze wiemy, że kobiety Tych Regionów zazwyczaj postrzegane są jako Typowe Helgi. Miłe zaskoczenie dla oka.
Lecz między powieścią, a dużym ekranem jest otchłań Morza Czerwonego*, które pochłonęło postaci, wydarzenia, przemyślenia i główny przekaz. Przynajmniej ja tak uważam.
       Szczerze powiedziawszy uroniłam łezkę. Jedną. I to przy końcu. Książki. Może dlatego, że jestem realistką, która zdaje sobie sprawę, że takie rzeczy dzieją się na co dzień? A może jestem po prostu zimną suką bez serca? Może dlatego, że mam swój bagaż taki a nie inny i świadomość utraty bliskich nie raz przerabiałam?
Wiecie, gdy człowiek żegna się z najbliższymi i gdy żegna najbliższych...historie takie jak te nie wpływają na życie tak bardzo jak na ludzi zamkniętych całe życie w Bezpiecznej Kuli Antyuczuciowej. Nie tylko Hazel musiała się pożegnać z kimś, do kogo się bardzo przywiązała.Ona sama też umiera. Jak każdy z nas. Tylko w bardziej bezlitosny sposób. Choć kto wie, co zostało nam zapisane.
No właśnie, umiera czy umarła?
I tu chcę wrócić do momentu, gdy wspomniałam o autorze.
Postać Petera van Houtena. Starego, zgorzkniałego i jakże cynicznego pisarza, który nie boi się powiedzieć tego, o czym myśli. Może dlatego darzę go sympatią (mimo, że cholernie przypomina mi Ebenezera Scrooge'a).Wiecie, pewne podobieństwo.
W każdym razie, w swojej jedynej książce pisarz urywa fabułę w połowie. I już, ciach i koniec.
A czy w 'Gwiazd naszych wina' Green nie robi tego samego? Czyż to nie egoistyczne?
Co dalej się dzieje z Hazel, rodzicami Gusa, Isaakiem czy Bezjajecznym Patrickiem?
Czy John Green nie chce przekazać, że potem nic nie ma? Czy przyjmuje stanowisko van Houtena (którego sam wymyśla), o tym, że wyimaginowane postacie kończą swój żywot wraz z ostatnimi kartkami książki? A może przez postać bogatego alkoholika daje do zrozumienia, że to jest koniec, on już nie bierze udziału w tym, co się dzieje dalej. Wiecie, takie „zostawcie mnie w spokoju, chcę umrzeć!” wypowiedziane przez rozkapryszonego czterolatka.
       Podsumowując. Film jest TU, a książka...

[spora przestrzeń wyobraźni]
... TUTAJ.
Te dwie pozycje, choć przedstawiają te same wydarzenia, opisują je z innej perspektywy, zwracają uwagę na inne wartości. Dla masy, nie posiadającej czasu, polecam film. Obejrzeć, popłakać, nie myśleć o tym za dużo, zapomnieć. Dla bardziej ambitnych polecam książkę. A potem film. Dla osobistej satysfakcji. Intelektualnej, rzecz jasna.



~Wasz Tasiorek
*- nawiązanie do przeprowadzenie Izraelitów przez Morze Czerwone; wydarzenie z Biblii