Dnia 5-go
czerwca równo o godzinie 5:00 gang Dzikich Wieprzy a’la katolik wyjechał na
podbój Warszawy. Klasa druga rzuciła się na tyły, podstawówka z przodu a reszta
zaginęła w odmętach autobusu. No i jak to na wycieczkach bywa, rano wszyscy
wyglądali jak… bądźmy szczerzy. Nie wyglądali. W każdym razie, po paru
godzinach snu w czasie jazdy nasze niedobitki wyglądały jak nowonarodzone.
Potem zaczęło się jedzenie, śpiewanie, słuchanie muzyki, dyskutowanie i
oczywiście robienie zdjęć… sobie nawzajem. No i tradycyjne rozdawanie cukierków
przez pana Rysia. Po godzinie 12-tej wyszliśmy z sauny autokaru
i udaliśmy się do Pałacu Kultury i Nauki. Powiem tak, zamieszania więcej niż
przy najeździe Hunów. Najpopularniejsze zajęcia to m.in. robienie zdjęć i
szukanie swoich imion wypisanych na barierach i ścianach.
Później poszliśmy na obiad. Szału nie było, ale jak ktoś był
głodny to zjadł. Po zjedzonym posiłku poszliśmy na Basen Stadion
Narodowy. Gdybyście widzieli minę pana Adriana- chodził niczym inspektor i
wszystko oglądał jak małe dziecko w cukierni. No i tak stwierdziliśmy, że ci
piłkarze mają za dobrze, bo nie dosyć, że tyle zarabiają to jeszcze jakieś
podgrzewane fotele, wanny z masażem. I jeszcze przegrywają.
Przyszedł czas na Wilanów. Ah, te widoki, ogrody, obrazy,
stroje…i ta jebana ulewa. Nosz kurde, wody na luzie po kostki. Grupie
„starszej” poszczęściło się- wypad na lody z panią Madzią udany. Nie, nie te
lody zboczuszki… No i oczywiście nie mogę zapomnieć o naszym nowy koledze.
Chyba nas lubi. A chodzi tu o „Pana” Piotra, czyli przesympatycznego studenta, który
był naszym przewodnikiem, który był bardzo interesujący. Pod każdym względem. Z
Wilanowa wracaliśmy autobusem miejskim. Pomijam mój incydent erotyczny z
kasownikiem- pieprznęłam zębami o plastikowe gówno. Bosko. A poza tym takie
dwie zagadywały Piotrka przez całą drogę (a jedna z nich to właśnie opisuje).
Biedaczek gdyby mógł chyba uciekłby. Następnym punktem dnia było dotarcie do
miejsca spoczynku. No to w pociąg i w świat. Po „tej i jeszcze 3 stacjach”
mieliśmy wysiąść. Nie ma to jak siedzieć obok jakieś pochędożonego debila,
który myśli, że jest tak zajebisty, że okurwamaćjapierdolejakikrasnalhahaha. Tylko
się wkurzyłam.
Potem pozostało dotarcie do Solejówka. I tu się zaczął
problem. Trzeba było tam dotrzeć na pieszo. A to tak blisko nie było. Ci
frajerzy mieli już dość, a my spacerkiem, energicznie, z uśmiechem i ledwo żywą
Klaudią ruszyłyśmy drogą.
W końcu doszliśmy, chociaż część się już czołgała. Na
miejscu czekały na nas pokoje i kolacja zrobiona przez panią Elżunię. Parówki
nie były aż tak kartonowe jak się spodziewałam. A z ambitnych planów naszych
wycieczkowiczów pozostało uśnięcie zaraz po poczuciu poduszki. So hardcore.
Na dzień drugi był przewidziany Zamek Królewski, stare miasto, Powązki i parę
innych ciekawych atrakcji.
Zamek jak zamek. Perełki artystyczne na każdym kroku, z
resztą znudzona młodzież z innych szkół również. Nam się podobało. No
bynajmniej mi. Uwielbiam artystyczne spojrzenie na świat. Ciekawy przewodnik
(pod każdym względem. Tak, Piotrek.), niesamowite miejsce i nasza ekipa.
Później uliczki rodem z Wenecji.
„Idziemy do sklepu, prze pana” krzyknęli chłopacy idąc do…
monopolowego. Oj tam.
Po zwiedzaniu zabytków na starym mieście przyszedł czas na
chwilę zadumy i zastanowienia. Tak, więc wymaszerowaliśmy na Powązki. Miejsce
to jest przerażające w swojej
wartości i wielkości. Idąc cmentarną aleją i czytając te
wszystkie nazwiska człowiek czuje się nieswojo. Ale jeśli ktoś chce coś
przemyśleć to miejsce to jest wręcz idealne. No, ale nie mogło obejść się bez
głupich komentarzy i tekstów typu „długo jeszcze” albo „po co my łazimy po tym
głupim cmentarzu”. Ludzie, trochę szacunku. Aż się głupio robi. A tak swoją drogą.
Kto jest takim zidiociałym kretynem, żeby wpaść na pomysł zwiedzania cmentarza
z przewodnikiem?! Przecież to nadal miejsce spoczynku, a nie, kurwa, zoo. Na
cmentarz idzie się w jakimś celu, nie wiem; przemyśleń, modlitwy, spotkania z
osobą, której już nie ma czy chociażby wyniesienia jakiś wartości. Na przykład
bramek lub płyt nagrobnych. Ale zawsze coś. No cóż.
Potem wsiedliśmy do autobusu- ile będziemy chodzić.
Pojechaliśmy do Biedronki. Wszyscy rzucili się (nie podeszli, rzucili się) na
słodycze i napoje na wieczór. Jak jakieś murzyńskie dzieci. Wstyd, po prostu,
wstyd.
We’re in Solejówek. Robimy ognicho. Chłopaki grają w piłkę,
dziewczyny spacerują i robią zdjęcia, a pan Ryszard z panem Adrianem próbują
śpiewać (bardziej wyją, mruczą i wydają z siebie jakieś nieartykułowane
dźwięki, ale ok.) i chcą zachęcić nas do współpracy. Mamy zaśpiewać coś, co
wszyscy znają, a co jest proste. Kończy się na „Ona tańczy dla mnie”. I się
wydało kto słucha disco polo. Ktoś wpada w panikę, wszyscy chwila konsternacji
i „What the fuck?!”. No i co się okazuje? Chłopcy z 5 kl wrzucili swój klucz od
pokoju na dach. Zdolne dzieci. Ogólnie czas wolny, więc róbcie co chcecie, ale
żeby tak te biedne klucze…
Nie mogę nie wspomnieć o innej wycieczce w naszym domku.
Dziewczyny wyleciały z pokoi z nadzieją spotkania wysokich, przystojnych,
zabawnych gimnazjalistów, a wróciły z krzykiem i pretensjami typu„ co to za
małe pasztety?!”.
Siedzimy już wieczorem w swoich pokojach; Wacek w nieswoim,
w naszym. Rozmowa, rozmową, śmiechy- chichy, dobra. A teraz czas na kawałek
historyjki rodem z komedii romantycznej.
- … Jestem brzydka…- mruknęła Klaudia siedząc na łóżku.
- Oj tam.- dobór słów
i wyczucie tego frajera mnie czasami powala. Na serio, człowiek ma ochotę
jebnąć głową o ścianę. Jego głową. Tak, wiec. Ja- bulwers. Przecież oni są dla
siebie stworzeni. O nie palancie, tym
razem nie spieprzysz. Nie po to tyle o sobie nawzajem gadacie, żeby teraz… Po
moim trupie.
- Wacek, idioto! Ty miałeś jej teraz powiedzieć, że jest
śliczna, bo jest, że jest szczupła, seksowna, mądra i niesamowita. I że ją
kochasz!- wykrzyczałam pretensjonalnie, odwracając się plecami.
- Chciałabyś.- He, He.
Nie tylko ja. Spojrzałam na niego przymrużonymi oczami.- No ale ja przecież
nie mówię, że ona nie jest ładna, bo jest i to zajebiście.- uuuu. Kladuś się
rumieni.
Trzeba zareagować…
A potem zaczęło się przesłuchanie. Do naszego pokoju został
przyciągnięty Przemek. Biedaczysko. On stał się świadkiem, Olka się oskarżycielem,
Wacek winnym, Klaudia powódką, Wiki z Beatą bacznymi obserwatorami, ja sądem
najwyższym w piżamie, ze szczotką do włosów zamiast młotka, a nasze
pomieszczenie salą sądową.
-… no, no, no i jeszcze… mówił, że jest ładna…. i że… no…
podoba mu się… i coś tam, że jest na coś chora, ale nie wiem… ale, ale był
pijany. - jąkał patrząc się na winnego, którego wzrok zabijał, ale nie na
długo, bo został uspokojony. Znaczy oberwał ode mnie szczotką, aż się zwinął. Ałł.
Ale ważne, że pomogło. Po chwili tortur świadek mógł się oddalić pod przysięgą,
że nikomu nic nie powie, bo w ryj. Kuszące, nie?
Wacek wkurzony wyszedł trzaskając drzwiami, a Klauduś
schowała się pod kołdrę na moim łóżku. No
to narobiłam. Idiotka, jebana idiotka. Jak zaczęłaś, to skończ. Za dużo swoich
uczuć zniszczyłaś, żeby jeszcze teraz ich. Nie. Hmm…
Przymknęłam oczy i mordowałam siebie mentalnie na wszystkie
możliwe sposoby, próbując wymyślić coś. Cokolwiek. A łkanie mojej przyjaciółki
w poduszkę mnie jeszcze bardziej dołowało.
- Ale Klaudia, jak go kochasz to i tak uczucie zwycięży. Miłości
nie oszukasz, jak coś do niego czujesz, to idź tam…- westchnęła Wiktoria. Uwielbiam
jej romantyczne podejście i rozmarzone komentarze, ale to był zły moment.
Chociaż przyznam nieskromnie, że rozbawiło mnie to. Nawet bardzo.
Poszłam z Olką i Beatą do pokoju tego idioty. Poszłyśmy?
Nie! Wkroczyłyśmy tam jak zbuntowane żółwie ninja. Zastałyśmy zwłoki rozwalone
na łóżku przy wejściu.
- Wstawaj palancie i idź tam do niej, rozumiesz?! Wiesz jak
boli ją to, że się tego wyparłeś i wyszedłeś?! – zaczęłyśmy krzyczeć jak
opętane nie rozumiejąc same siebie. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam prawie
opanowana.
-Wiemy co do siebie czujecie. W związku z tym, podnieś swoją
grubą, leniwą dupę i wypierdalaj do niej, bo siedzi na łóżku i zalewa moją
puchatą poduszkę łzami i to przez ciebie, jasne?- wysyczałam szubko na jednym wdechu.
- Wszystko zepsułem, jestem beznadziejny…- co to, skrócona
historia życia? Człowieku. Przez następne 5 minut próbowałyśmy go namówić-
bezskutecznie. Słyszałyśmy tylko, że jest beznadziejny, że spierdolił, że ona
go nienawidzi. Idzie się pociąć od samego słuchania. W między czasie znowu Przemuś
został wyrwany z rąk młodszych dziewczyn. Znowu zeznania. Dobra, wygoniłyśmy
go. Alleluja!
Chodzę z Beatą po pustym korytarzu niczym celnik. Gliniarz z
Beverly Hills. Mija minuta, dwie, siedem…Trzaskają drzwi, wysoka, smukła dziewczyna
wybiega ze łzami w oczach, wymija mnie. Wbiegam do pokoju. Chłopak o nieco…
kulkowatej? Nie, nie będę wredna. Puszysty? Puszysty może być kotek, on jest
spasiony. Hmm. Tęgi chłopak siedzi na łóżku z twarzą w dłoniach. Wybiegam za
Klaudią, próbuję ją opanować. Taa, ja sobie mogę. W końcu, sukces. Wracamy do
pokoju. Odstawiam ją na łóżko. Zamykam drzwi i muruczę coś uspakajająco. Drzwi
zamknięte. Rozkurwię jak zobaczę. Wkroczyłam
do pokoju jakbym była niesiona na nie wiem czym. Jakimś płonącym rydwanie z
piekła rodem. Dobrze, że drzwi nie były zamknięte na klucz, bo bym je chyba
wywarzyła. Moim pragnieniem było zamordowanie kogoś.
- Coś ty jej nagadał?!- krzyknęłam. Nawet nie wiem kiedy
moja ręka zawędrowała gdzieś powietrze, ale Olka zdążyła zacisnąć palce na moim
nadgarstku.
- Nic.- mruknął zrezygnowany. Spojrzał na nas. Nie trzeba
chyba zgadywać, że nie byłyśmy w stanie stoickiego spokoju.- Przeprosiłem i
powiedziałem, że jeśli chce, to może dać mi w ryj.
- Ale dlatego chyba raczej nie wybiegła. Co jeszcze?-
warknęłam. Potem znowu tłumaczenie jak „to wszystko” działa. Poszłam do
Klaudii. Nie mogłam znieść tego, że ona tam siedzi i płacze przez analfabetę,
który nie umie po polsku wyrazić tego, co czuje. Weszłam do pokoju, usiadłam na
łóżku obok dziewczyny ściskającej moją poduchę.
- Klauduś, przepraszam.- zaczęłam cicho. Rozmowa potoczyła
się dalej.
-… mam dosyć. Jak jest blisko rozszarpałabym go, a po nocach
płaczę, bo nie umiem powiedzieć, co czuję. Nienawidzę, gry mówi, że on nie ma
życia, że umiera, albo gdy robi z siebie idiotę.- położyła głowę na moje
kolana.- Wiki ma racje. Nienawidzę tego, że pali, pije i niszczy siebie. Boję
się.
- Tak jest zawsze. Ale do tego, co mówiłaś, że się wydurnia.
Nie pomyślałaś, że robi to dlatego, że nie chce dopuścić do siebie świata
zewnętrznego? Woli być postrzegany jako wyluzowany idiota niż jako prawdziwy
on? Jak nie spróbujesz, nie dowiesz się, czy było warto. Spróbuj poznać go
takiego, jakiego nie zna go nikt…- próbowałam powiedzieć coś mądrego. Kurde,
chyba mi się udało. Aczkolwiek przeraziło mnie to, z jaką lekkością daje rady
komuś, a sobie nie umiem pomóc. Idiotka.- Popatrz na moje skarpetki. Jeszcze
chwile temu, przed tą bieganiną między pokojami były śnieżnobiałe. Teraz
biedaczki się nie pozbierają po tej „zajebiście czystej podłodze”.- ciągnęłam
wskazując na prawie czarny materiał na podbiciu stopy. Czułam jak dziewczyna
się uśmiecha. Ktoś otwiera drzwi.
- Mogę? – spytała Beata z miną zbitego psa. Zbitego, mokrego
psa, bo z jej świeżo umytych włosów ściekała jeszcze woda.
- Właź.- wyszczerzyła się Klaudia. Jeszcze chwile
pogadałyśmy i wyszłam z Beatą.
- Idziemy do Wacka, nie?
- Aham. – i ten szyderczy uśmiech. No i znów „z buta wjeżdżam”
do pokoju chłopaków. I zaś tłumaczenie, że coś do siebie czują i w ogóle. Pieprzenie
kotka za pomocą młotka. No, ale „tłumaczysz jak krowie na rowie, a krowa i tak
wie swoje”. Moja ukochana Beatka zrobiła parę scen i kurde, zadziałało. W końcu
wepchnęłyśmy go do naszego pokoju, zamknęłyśmy drzwi na klucz (znaczy nie
zamknęłyśmy, ale wsadziłyśmy klucz w zamek i dwa razy przekręciłyśmy, więc
wydawałoby się, że są zamknięte) i poszłyśmy do pokoju naprzeciwko, gdzie pani
Magda opowiadała o swoich byłych. O tym, że dostała list z więzienia i parę
innych historii. Po paru minutach Wacek wyszedł z pokoju.
-I?! – krzyknęła Beata.
- Jesteście straszne.- rzucił i poszedł do swojego pokoju. My
poleciałyśmy do Klaudii. Leżała pod kołdrą, w pozycji… embrionalnej, zboczeńcy.
Wskoczyłyśmy na łóżko odkrywając wykończoną dziewczynę.
- I co, tak?!- spytałyśmy podniecone z wyczekiwaniem.
- Ale co tak?- pełna dezorientacja. Kobieto, w takiej
chwili?
- No czy jesteście razem?!
- No…tak.- wymruczała uśmiechając się, a my wpadłyśmy w
jakiś Piłkoszał. Zaczęłyśmy cieszyć się jak głupie. Darłyśmy się jakby cos w
nas wstąpiło. Przez dziesięć minut…
„Robimy cieszę nocną
o 22”
rzekł donośnie pan Gawluk… o godz 23 próbując nas uciszyć. Ale to szczegół. A
plotkowanie z panią Magdą do pierwszej... Klaudia zwija się na łóżku i chce iść
spać, a ta baba opowiada o masażu stóp swojej babci.
Wycieczkowicze raczej szczęśliwi, nikt nie zginął. Jeszcze.
Godzina trzecia, dzwoni budzik. Sięgam pod poduszkę, żeby
wyciągnąć telefon i rzucić nim o …cokolwiek, byle przestał dzwonić.
- Beata…- szturchnęłam zwłoki. Nic.- Beata, kurwa, wstawaj.
Trzecia, idziemy.- wymamrotałam na pół przytomna.
- Nie chce mi się… Idziemy spać.- wybełkotała, odwracając
się na drugi bok.
- Pójdziemy rano…- zarządzenie wydane. Jak ustaliłyśmy tak
też się stało. Punkt siódma zwlekłyśmy dziewczyny z wyra i poczłapałyśmy na
podbój domku.
Czy jest coś lepszego, niż
zwleczenie się rano z łóżka w celu pójścia do łazienki i przeklejenia się do
czegoś? Pasta na klamce od łazienki. To nie my. Wychodzę na korytarz… miętowa
maź opanowała drzwi. Wszystkie. To akurat my.
Rano musieliśmy się spakować, zmyć to mentolowe dziadostwo
ze wszystkiego, co się ubrudziło, posprzątać pokoje i zdać klucze. Następnie
śniadanko u jakże wspaniałej pani Elżbietki.
Walizki do bagażnika i do Łazienek. Jakże pięknie wyglądał
ten obiekt z latającymi wszędzie białymi, przypominającymi watę kulkami. Obiekt
wspaniały, zwiedzanie z objaśnieniami innego przewodnika jeszcze lepsze. Było
tak gorąco, że wszyscy wręcz zdychali. Po Łazienkach trochę współczesnej
historii, czyli idziemy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Dawno nie byłam w
tak ciekawym muzeum. Kartki z kalendarza z opisem danego dnia, tunele, kino,
demonstracje, lornetki w ścianach, modele i wiele, wiele innych. Szkoda, że tak
mało czasu mieliśmy na to.
Pakujemy się do autokaru i do Arkadii. Ogłaszam kolejny
najazd Hunów. Tym razem na KFC i sklepy. W tak wielkim centrum handlowym
mieliśmy raptem godzinkę. Czym jest 60 minut w porównaniu z możliwościami
kobiety?
Gdy wyciągnęli nas wołami z krainy marzeń, musieliśmy jechać
do domu.
Droga zleciała bardzo szybko. No i tak tradycyjnie- cukierki
od pana Jaworskiego, słuchanie muzyki, rozmowy, śpiewanie, oglądanie Kung Fu
Pandy i ciekawe konkursy. Mnie najbardziej cieszył widok szczęśliwego owocu
naszej pracy- Klaudia wtulona w Wacka. Zanim się obejrzeliśmy była północ i
Złotów. Wykończeni wróciliśmy do domów.
________________________________________________________________
Po części pisane do kroniki, ale to jest ta druga część.
Nie ma to jak pisać o czymś znajomym w sposób jakby się dopiero to odkryło.
A tak poza tym, Klaudia mnie zabije, ale warto.
A tak poza tym, Klaudia mnie zabije, ale warto.
Pozdro&Ciao ~~Wasz Tasior
1 komentarz:
Ha ha ha ha ha ha ha to i tak jest ta okrojona wersja ;P
Prześlij komentarz