poniedziałek, 20 maja 2013

Historyka nr 2


            Był na mnie wściekły, widziałam to pomimo, że nie pokazywał tego. Za dobrze go znałam. Z resztą trudno było się dziwić. W ciemnym, cichym parku było słychać tylko jego słowa. Wysyczane przez zęby. Wolałam już żeby krzyczał, ale nie, mówił tym swoim tonem, którego wprost nienawidziłam. I jeszcze musiał przyjść z kimś. Jakiś chłopak stał w oddali, ale widziałam tylko zarys postaci.
- Mogłaś mi powiedzieć, że nasza przyjaźń to było „nic” . Że jestem da ciebie nikim. Że nie obchodzi cię to, co robię. - Nie wiedziałam co powiedzieć, a słowa dochodziły do mnie z opóźnieniem. Czułam jak szczypią mnie oczy i napływają łzy. Nawet widząc to, kontynuował . - Nie mogłaś mi powiedzieć wcześniej, że potrzebowałaś tylko jakiegoś pieprzonego psychologa, który by cię wysłuchał i poklepywał po ramieniu? Jakiejś cholernej zabawki? No… no powiedz, że nie jestem dla ciebie ważny, że jestem zerem w twoich oczach. Że zepsucie mi wielkiej szansy było dla ciebie przyjemnością. No powiedz to!- podniósł głos, ale po chwili się opanował i zacisnął szczękę. Nie mogłam powstrzymać napływających łez. Poleciała jedna, a za nią druga.
- Przecież wiesz, że to nie była moja wina. Po prostu…
- Po prostu co? – przymrużył oczy.- Po prostu byłaś tylko pomysłodawcą, tak? – zamknęłam oczy, miałam dość.- Weź mi to, kurwa, wytłumacz!- znowu podniósł głos i wziął głęboki oddech. Czemu on zawsze to robi? Czemu jest tak bezlitośnie spokojny? Czemu umiał opanować się nawet w najbardziej desperackich sytuacjach?– Powiedz, że jestem nikim, że nie jestem dla ciebie ważny… Dlaczego i w ogóle jak mogłaś zrobić mi coś takiego?- nie mogłam tego słuchać. Po pierwsze, nie miałam siły, a po drugie nie chciałam, żeby dowiedział się o tym, przez co nie mogę spać. Ale skoro nie miałam innego wyboru …
Wspięłam się na palce, musnęłam wargami kącik jego ust, wtuliłam się w jego ramię i szepnęłam do ucha krótkie - Nigdy nie byłeś mi obojętny. I nigdy nie mów, że jesteś dla mnie nikim…- ostatni raz zaciągnęłam się zapachem charakterystycznych perfum. Odwróciłam się i marszowym krokiem odeszłam w ciemną, parkową, nieoświetloną ścieżkę, cały czas wycierając łzy. Akcja trwała może ze dwie minuty. Gdy się odwróciłam widziałam tylko zszokowanego wysokiego chłopaka, który nie ruszał się. Stał tak, jak go tam pozostawiłam. Widziałam tylko jak ten „zarys” zbliża się do sztywnej postaci. Wróciłam do domu, wyłączyłam telefon, wtuliłam się w poduszkę i zaczęłam płakać. Nawet nie wiem, kiedy usnęłam.
            Ile razy może dzwonić jeden człowiek? Ile, ja się pytam? No, odpowiedź jest prosta. Jakieś 59 razy. Aha, i do tego 16 wiadomości. Tak, 59 nieodebranych połączeń i 16 nowych smsów po włączeniu telefonu. I wszystkie od jednej osoby… jak miło. Dobrze chociaż, że trwa długi weekend, przynajmniej mogłam pomyśleć i zastanowić się przez te pięć dni, bo nie chciałabym natknąć się na Kastiela w szkole. Nie mogłabym już chyba spojrzeć mu w oczy. Ale co teraz będzie…? Co, jeśli go spotkam? Co ja mu powiem? Jak on zareaguje? Znam go tyle czasu, a nadal się zastanawiam.
Z myślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi mojego pokoju.
- Kim, żyjesz? Nie wychodzisz z tego pokoju już trochę i no wiesz… martwię się.-powiedziała piskliwym głosem dziewczyna, przynajmniej tak jej wmówiono. -A tak w ogóle, to masz jeszcze tą czarną bluzkę z tym takim fajnym napisem? – taaak, troskliwość mojej trzynastoletniej siostry wobec mnie przypomina bardziej pielęgnowanie wypchanego szopa pracza, czy czegoś tam.- Ej, siostra, co ci jest?- Aż dziwne. Albo naprawdę chce tą koszulkę, albo się martwi. Hmm,  tak, chodzi jej o tą szmatkę. A tak w zasadzie, to czemu ona zawsze ma takie wyczucie, co? Czemu przylezie wtedy, gdy mam „obrazę majestatu” na cały świat, hm? Whatever.
- June, spadaj. Jestem wykończona. Daj mi święty spokój.- powiedziałam wkładając głowę pod poduszkę.
- Dobra, jak chcesz… A masz tą  bluzkę?- niby jest tylko cztery lata młodsza. Dlaczego jest taką głupią i irytującą osobą…
- Na serio, idź sobie… Nie chcę z nikim rozmawiać.
- Kim… co się stało?
- Nic. Martwię się sytuacją etyczną żyraf w Amazonii.- ta odzywka zawsze pomagała. Dawała do zrozumienia, że nie zmierzam ciągnąć dalej rozmowy. A tak swoją drogą, to dobrze byłoby, gdyby te żyrafy to mój najważniejszy problem. Aktualnie zastanawiałam się jednak co było w tych smsach od Kasa, bo przecież genialna ja, usunęłam je, nie czytając zawartości. -Aha, bluzkę masz w komodzie, w którejś szufladzie. – potwór z głębin popełzł w poszukiwaniu łupu.
Przecież znam go ze dwa lata. Różnie bywało, ale i tak byliśmy przyjaciółmi. Owszem, był jeszcze zespół. Z chłopakami też lubię przebywać, ale… nie wiem już.
            We wtorek byłam ze Skylar w kinie i na zakupach. Dobrze, że mam ją pod ręką przynajmniej na ten tydzień, bo bym chyba oszalała. Dzięki niej chociaż na chwilę zapomniałam o tym, co takiego głupiego zrobiłam.
- Sky, ty nie rozumiesz. – kontynuowałam rozmowę przewracając oczami -Nie dziwię się, jak Kas mnie po prostu znienawidzi.- bodajże po raz milionowy psułam jej dzień moim jęczeniem.
- Zarąbista sukienka! –krzyknęła, jakby nie doleciało do niej to, co powiedziałam.
- Czy ty mnie kobieto słuchasz?!
- Przecież to nie była twoja wina, ani twój pomysł. Ty byłaś tam przypadkiem. A tak właściwie, to nie. Ty miałaś być tam, tylko o tym nie wiedziałaś.- mówiła przyglądając się uważnie poszczególnym ciuchom. – To nie twoja wina, że ta przesłodzona landryna uwzięła się na ciebie. Jest po prostu zazdrosna, że Kastiel TAK na ciebie patrzy…
- „TAK” patrzy? O czym ty kobieto pieprzysz? Traktuje mnie jak przyjaciółkę, albo koleżankę od piwa, a nie jak… nie wiem, swoją najukochańszą gitarę, więc wiesz … - spojrzałam na nią wymownym wzrokiem. – A tak w zasadzie to skąd wiesz jak niby na mnie patrzy, skoro mieszkasz kilkaset kilometrów stąd?- przymrużyłam oczy i uniosłam głowę, próbując spojrzeć z góry… szkoda, że moje sto sześćdziesiąt centymetrów przy jej metrze siedemdziesiąt trzy to, hmm, pestka.
- Ja wiem wszystko. Zapamiętaj.
- Ale co ja mam zrobić… - spuściłam głowę i dotknęłam zimną ręką mojego gorącego czoła. Odgarnęłam spiralne, gęste kłaki koloru określanego jako miedziany blond z twarzy. -udawać, że nic się nie stało? Mam dosyć. I jeszcze to w parku.
- Ja na twoim miejscu najpierw bym do niego poszła i niezależnie co się stanie opowiedziała wszystko i wyjaśniła. A potem – wzięła głęboki wdech, poczym mówiąc dalej, spokojnie wydychała powietrze- czekałabym na reakcję. Tak, ja bym właśnie to zrobiła. A teraz skup się na zakupach, bo muszę wybrać jakąś kreację na dzisiejszą imprezę.
- Zaraz, zaraz. Idziesz na imprezę?
- Nie.- pokiwała głową jak małe dziecko- MY idziemy.- wyszczerzyła się i zniknęła między wieszakami. Sky może i była… rąbnięta i szalona, ale zawsze wiedziała jak mi pomóc. A impreza to był bardzo dobry plan.
            Po imprezie odprowadziłam nieźle wstawioną Skylar do domu jej cioci, gdzie nocowała w czasie pobytów tutaj. Dobrze, że w porę ją wyciągnęłam z tego klubu, bo po koncercie kapeli, przystawiał się do niej jakiś podejrzany typ, a ona była na tyle pijana, że nie zwróciła uwagi na to, że ręce tego gościa schodzą trochę za mocno na dół. No cóż w każdym bądź razie teraz wracałam do domu.
Ulicę od mojego mieszkania zataczała się grupka jakiś łysych mięśniaków.
- Ej, mała, chcesz się zabawić? – zabełkotał jeden z nich i złapał mnie za przedramię.
- Spadaj i puść mnie.- warknęłam, po czym zacisnął swoją rękę tak mocno, że pisnęłam.
- Spieprzajcie od niej. Ale to już.- Powiedział niski, ochrypnięty, stanowczy głos. Tak, to był Kas. Ale co on tu robi?
- O co ci chodzi? My chcemy się tylko zabawić.- człowieku, weź idź wybulgocz się gdzie indziej. Co za typ…
- Stary, ledwo co na nogach stoisz. Z resztą, twoi koledzy też, więc daj sobie spokój. Jak chcesz się zabawić to idź do burdelu, a nie. – jego spokojny, opanowany ton mnie już dobijał, ale pomagał. Mięśniak ,wraz ze swoją sforą, zatoczyli się i odeszli. Niech idą być niezrozumianymi gdzie indziej.
- W porządku?- Kastiel zapytał tak chłodnym głosem, że aż mnie ciarki przeszły.
- Tak. Dzięki.-wymamrotałam, patrząc na ziemię.
- Wsiadaj do samochodu. Nie będziesz sama się po nocach włóczyć. I bez dyskusji.- dodał, widząc, że chcę mu przerwać.
Jechaliśmy w milczeniu. Dochodziła godzina druga. W samochodzie zrobiło mi się przyjemnie. I to nie tylko dlatego, że wypiłam pół piwa, bo miałam mocną głowę. Zasnęłam.
Obudziłam się gdy samochód wjechał gwałtownie na podjazd i stanął. Ocknęłam się i wysiadłam.
- Mieszkam gdzie indziej… - powiedziałam, próbując przerwać ciszę.
- Przecież wiem. Idziesz do mnie, czy się to podoba, czy nie.- cholera, znowu ten mrożący ton. Ale dobra. Weszliśmy do domu. Miejsce, w którym czułam się prawie jak w swoim idealnym świecie, nagle stało się obce. Brunet udał się do salonu, wyciągnął z barku jakiś ciemny alkohol i literatkę, po czym napełnił ją do połowy i jednym haustem wypił zawartość. Podszedł do mnie, spojrzał na mnie tymi ciemnobrązowymi tęczówkami, jak na więźnia przed skazaniem. Nevermore.
- Powiesz mi coś?- zaczął. Nie trzeba zgadywać, że pingwiny pouciekałyby po tych słowach.
- Chciałam… no bo …  – czułam jak serce podskakuje mi do gardła i dławię się słowami. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam.- Wiedz, że nie miałam z tym nic wspólnego. To ta landryna. Byłam tam przez przypadek, naprawdę. Musisz mi uwierzyć.- zaczęły szczypać mnie oczy – To nie przeze mnie wywalili cię stamtąd. Wiem, że to była twoja szansa. Ale to nie moja wina, to nie ja wysłałam im tą wiadomość. To ona to zrobiła. Wiesz czemu? Bo twierdzi, że jesteście dla siebie stworzeni. Nie obchodzi mnie to, co ona ma w tej swojej blond, natapirowanej głowie i nie chcę tego wiedzieć. Proszę, musisz mi uwierzyć…- łzy spływały mi po policzkach zmazując mocny makijaż.
- Słyszałem coś innego …
- Odwieź mnie do domu, proszę.
- Nie mogę, przecież piłem.- cholera, on dobrze wie, co robi. Ma ułożony misterny plan.
- No to zadzwoń po taksówkę. Mam dosyć, rozumiesz? Mam dosyć tych wszystkich oskarżeń, ludzi, tego wszystkiego. Mam dość siebie…- zakręciło mi się w głowie.
- Spokojnie.- o, pingwiny mogą wrócić wraz z żyrafą i małpką. Ej, on mnie trzyma? Kiedy on mnie złapał? Chyba wtedy, gdy miałam ten zawrót. W każdym razie, teraz stałam oparta o ścianę, a umięśnione, wysportowane ciało Kasa niemal mnie przygniatało.- Nie obchodzą mnie ci ludzie. Też nie chcę słuchać tego wszystkiego. Posłuchaj, gdyby nie ty, myślisz, że wytrzymałbym w tym całym gównie? A teraz stoisz przede mną, ubrana w tą obcisłą małą czarną, w szpilki, z niesamowitą fryzurą i rozmazanym makijażem. I wiesz co? Wyglądasz zajebiście.- o czym on mówi?
- Do czego zmierzasz? – nie pytałam, żeby podsycić ogień, czy coś, ale po prostu nie rozumiałam. Jeszcze pięć minut temu miał do mnie wyrzuty, a teraz…?
- Do tego, że wyjebiście mi na tobie zależy, idiotko.- uśmiechnął się, a jego oczy błysnęły tym szalonym światełkiem. Ujął moją twarz w dłonie, po czym kilka razy delikatnie musnął moje usta. W pewnym momencie przygryzł moją dolną wargę i przejechał po niej językiem, co sprawiło, że te cholernie przyjemne ciarki przeszły mi po plecach. Aha, nie mówię o tym, że byłam niezwykle zadowolona, że jedną rękę Kas wplątał mi we włosy, a drugą zawędrował na talię, dzięki czemu przycisnął mnie do siebie. Ale to dobrze, bo chyba bym się osunęła na ziemię. Chłopak dalej penetrował językiem moje podniebienie, a im bardziej chciwie i niecierpliwie to robił, tym bardziej ja się rozpływałam. No i oczywiście nie pozostawałam dłużna. Nawet nie wiedziałam kiedy moje dłonie błąkały się po jego karku. Po kilku minutach oderwaliśmy się od siebie spragnieni tlenu…i nie tylko. Wysoki, przystojny brunet oparł swoje czoło o moje. Wsłuchiwaliśmy się w swoje powoli uspakajające się oddechy.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy?- zaczął szczerząc się.
- Tak, Kas, stwierdziłeś, że jestem bezczelną, plastikową, pustą lalą.- spuściłam wzrok.
- A potem cię poznałem i okazało się, że nie jesteś taka. Wiesz czego chcesz. Jesteś odważna, inteligentna, zabawna, piękna. Po prostu niesamowita. Jesteś moja.- to ostatnie dodał ciszej, a następnie pocałował mnie jeszcze raz, ale inaczej, tak spokojnie, delikatnie i z taką czułością, jakiej bym się u niego nie spodziewała. Potem poszliśmy spać. Bez żadnych ekscesów, żeby nie było. Usnęłam wtulona w niego, z głową położoną na jego klatce piersiowej. Długi był ten dzień…
            Następnego dnia obudził mnie dzwoniący telefon. Tak, wymarzony poranek – zostać obudzonym przez jakieś spragnione kontaktu dusze. Ale kiedy otworzyłam oczy stwierdziłam, że to nie jest mój pokój, moja pościel, mój sufit z plakatem AC/DC, a to, co mam pod głową to nie jest moja poducha. Dostałam zawału, stwierdzając, że to ramię. Minęło parę sekund zanim zorientowałam się gdzie jestem, kto jest we mnie wtulony, co spoczywa bezwładne na moich biodrach i czyją to rękę mam we włosach. Chciałam subtelnie zdjąć jego dłoń z moich bioder, a tak w zasadzie zjechała na pas. No to podejście drugie. Prawie, prawie… 
- Gdzieś się wybierasz?- usłyszałam zaciekawiony głos.
- Telefon dzwoni. To pewnie Sky, chce się dowiedzieć jakim cudem znalazła się w domu. Jest jeszcze możliwość, że to potwór zwany June, który nie może znaleźć płatków i mleka…- powiedziałam zaspanym głosem.
- Ja tam nic nie słyszę.- w tym momencie dzwonek się uciszył, a Kas wyszczerzył się, pociągnął mnie za rękę umieszczając mnie z powrotem w łóżku i ulokował się tak, żeby mieć mnie pod sobą. O ty spryciarzu.
- Czy ty naprawdę myślisz, że ja się nie uwolnię i nie ucieknę?- spojrzałam mu w ciemnobrązowe, a wręcz czarne, roziskrzone oczy z politowaniem.
- A chcesz uciekać?- spytał zaskoczony. Pocałował mnie tak jak wczoraj. Najpierw kilka krótkich muśnięć, a potem głęboki, utęskniony…przerwał na chwilę- Jesteś pewna, że chcesz uciekać?- i znowu rozbawiony pokazał komplet śnieżnobiałych zębów, po czym wpił się w moje pulsujące wargi… I wtedy znowu zadzwoniło to szatańskie ustrojstwo. Niechętnie zwlekłam się z pościeli, poczłapałam w dużej koszulce właściciela domu po telefon. Na wyświetlaczu : June, Sky… Kumulacja, czy co… odebrałam i od razu
- Czekoladowe mleko w lodówce na najwyższej półce, a płatki w szafce nad zmywarką za ciastkami. I spadaj.- rozłączyłam się i zobaczyłam zdziwionego, śmiejącego się chłopaka.
- No co? Poczekaj, teraz druga…- powiedziałam do niego z demonicznym uśmiechem. Odebrałam połączenie od Skylar.
- Czego? -warknęłam.
- Też się kochanie cieszę, że cię słyszę.
- Już ci mówię. Możesz mi dziękować, bo łapy jakiegoś podejrzanego typka powędrowały trochę za daleko i cię ratowałam. Potem podrzuciłam twoje ledwo przytomne zwłoki do domu.
- Aaa. No tak… a gdzie…
- Aktualnie stoję w męskiej, sporo za dużej koszulce na środku sypialni. Wyrwałaś mnie z ramion Romea, który zaraz się albo posika, albo zaśmieje na śmierć.- przerwałam na chwilę rozmowę nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Czyli Kastiel?- słyszałam w jej głosie ostro skacowaną nadzieję.- Bądź o szesnastej w BlueCafe. Wszystko mi opowiesz. Ciao.
- Nara. Aha, i żeby kac cię nie zżarł do końca.
- Bardzo śmieszne. A weź spadaj.- dodała rozżalona i się rozłączyła. Odłożyłam telefon na miejsce i podeszłam do miejsca spoczynku świętej pamięci, zachichotanego na śmierć… a nie, jednak żyje.
- Jesteś straszna, wiesz?- przyciągnął mnie do siebie i pocałował w czoło.
- Wiem. Idę wziąć prysznic i zrobić coś do jedzenia.- uśmiechnęłam się.
- Zostawiasz mnie samego? Dobra. – tupnął nogą jak małe dziecko, a ja dostałam napadu śmiechu. Po chwili opanowania się poszłam do łazienki wziąć prysznic. Gorący i długi. Tak, to mi odpowiada.
            Gdy skończyłam siedzieć w łazience, a Kas po raz pięćdziesiąty sprawdził, czy jednak się nie utopiłam, wyszłam z zaparowanego pomieszczenia niczym grecka bogini. I co z tego, że mogłabym być jedynie boginką dostatku. Czy boginie nie powinny mieć jakiś atutów zewnętrznych(?), ale mniejsza. W każdym bądź razie, gdy dumnie wypełzłam z przybytku coś mnie zaatakowało i przytuliło od tyłu.
- Jednak żyjesz? Kurde…- o tak, teraz mi pan tu marudzić będzie? O niedoczekanie moje. Obróciłam się przodem do Kastiela.
- A co to za rezygnacja? Jak chcesz mieć spokój to weź mnie otruj, zastrzel, albo coś. Potem wrzuć do jakiegoś rowu i zasyp wapnem. Aha, i pamiętaj o tym, żeby dobrze zatrzeć ślady. Będziesz miał spokój przynajmniej.- powiedziałam smutno. Zatrzepotałam rzęsami, po czym przejechałam dłonią po kołnierzyku czerwonej, kraciastej koszuli Kasa, który w Tm momencie objął mnie w talii.- Ale czy jesteś pewny, że tego chcesz…?- mówiłam ściszonym głosem bawiąc się guzikiem, któremu próbowałam poświęcić jak najwięcej uwagi. No i próbowałam powstrzymać się od śmiechu, bo tak przerażonych oczu tego chłopaka dawno nie widziałam, ale te ciemne płomyki szaleństwa w czekoladowych tęczówkach były obecne. Ej, mały, spokojnie…
- Jak mógłbym ci coś takiego zrobić?- wyszeptał mi do ucha. Czemu, gdy ten ciepły oddech pojawiał się na moim policzku moje nogi były dwiema rozgotowanymi nićmi spaghetti? NIĆMI? Raczej rurami, i to takimi które się faszeruje. Czemu ja wszystko kojarzę z jedzeniem? Brunet oddalił się na momencik.- Ale gdybyś nie zostawiła mi wyboru… Chyba wybrałbym truciznę…-ogłaszam, że ząbki w komplecie. Jeszcze.
- Szczerz się, szczerz. A poza tym… ZABIŁBYŚ MNIE?!
- Oh, nie potrafiłbym.- nie ma to jak udawane zaskoczenie i zlitowanie…
- Sarkazm to ty sobie nie powiem gdzie wsadź!- zanim zdążyłam do końca zmrużyć oczy zostałam zarzucona przez ramię. Bo nie ma to jak dyndać głową w dół.- Puść mnie! Ale to już! W tym momencie!- nic. No rzesz. – Bo zacznę piszczeć…- zadziałało. Cud. Szkoda, że zostałam zrzucona na łóżko, a umięśnione ciało zawisło nade mną. Chociaż z tego powodu akurat nie narzekam - A teraz chcesz mnie jeszcze udusić?- dodałam pretensjonalnie.
- Mało razy?- ten cwaniacki uśmieszek. Cholera, jeszcze z rok temu nienawidziłam go. A teraz… nieważne. Z rozmyślań wyrwały mnie gorące usta wczepione w moją szyję. I dobrze, bo zaraz by było „dlaczego Ziemia jest okrągła?”. Dziewczyno! Wysoki, seksowny brunet całuje cię po szyi, a ty, głupia, myślisz o…no wiesz?
Kas całował, ssał i muskał wargami obojczyk. W pewnym momencie przygryzł płatek ucha. Mamo, chyba znalazłam nowe miejsce erogenne. W każdym bądź razie będę mruczeć jak mały kotek. Nie, nie kotek. Nie lubię tych śmierdzący pchlarzy. Ale z mruczeniem zastanowię się.
- Skoro już nie jesteś na mnie zła, to idziemy?- podniósł się, złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
- Mhm- wymamrotałam rozkojarzona. Chwilunia, ja muszę wrócić na Ziemię. Gdy zorientowałam się, co się stało, gdzie jestem, kim jestem i co, jak, czemu, spojrzałam na zegarek.- Cholera! Sky mnie zabije.
- Czy ja zawsze muszę być w pogotowiu? – uniósł brew. – Chodź, zawiozę cię. Do domu?
- Uwielbiam cię.- rzuciłam przez ramię i pobiegłam na dół i wsiadłam do samochodu.
            Gdy podjechaliśmy pod mój dom, Kas wysiadł z auta, okrążył je i otworzył mi drzwi. Wyparowałam z siedzenia. A to, że w pasach, to już nie moja wina. No dobra, moja. Zamknęłam drzwi i rozpędziłam się w stronę ganka. Szybko jednak zostałam złapana za nadgarstek i przyparta o drzwi czarnego Mustanga. Zanim zdążyłam złożyć jakikolwiek sprzeciw czekoladowooka laleczka, która nienawidziła jak tak mówiłam, złożyła pocałunek na moich ustach. Ah, już słyszę pogłoski kochanych sąsiadek na mój temat. Niech tym starym jędzom w pięty pójdzie.
Gdy się rozdzieliliśmy on dalej ściskał mnie w tali, a na jego twarzy powoli rozszerzał się uśmiech. Ten łobuzerski, który jest po prostu niesamowity. Dobrze, ze mój ukochany ma uszy, bo śmiałby się jak duży okrąg… nieważne.
- Co?- spytałam niepewnie. Boję się pomyśleć, co w tej rozwichrzonej łepetynie się dzieje. Nie otrzymałam odpowiedzi.- No co?
- Śliczna jesteś.- zmarszczyłam czoło nie rozumiejąc głębszego przesłania.- Jesteś śliczna i spóźniona.- wyszczerzył się jeszcze bardziej. Ucałował w czoło, po czym śmiejąc się stanął bokiem, żebym mogła przejść.
Wbiegłam do domu roztargniona, przebrałam się. Spakowałam do drugiej torebki to, co najważniejsze i oddaliłam się wystukując numer do Skylar.
- Co, Książe na białym koniu zaciągnął cię do łóżka?- usłyszałam rozbawiony ton przyjaciółki.
- Spadaj. I nie, nie zaciągnął mnie do łóżka, poniekąd.- dodałam ciszej.
- Dobra, dobra. Ja czekam. Pa.- rozłączyła się. Co za kobieta?
            Idąc do kawiarni, spotkałam „koleżanki” ze starej szkoły. Musiały mnie zatrzymać i się rozgadać. Nie trawię babochłopów, ale ja ze wszystkimi żyję w zgodzie. No prawie. No dobra, nie nawciskałam im jeszcze tylko dlatego, że mogą się przydać. Wiem, że strasznie to brzmi, ale to tak fałszywych ludziach nie da się inaczej powiedzieć. W każdym razie gadały coś o jakimś koncercie. Jaka byłaby wielka szkoda, gdyby ktoś miał to głęboko w poważaniu.  A tak na serio. One chyba wiedzą ile ten uśmiech, „siema” i chwilka rozmowy mnie kosztuje. A po tej wymianie zdań w mojej głowie wymalowało się wielkie, kolorowe „KURWA” , które nie zmieściłoby się w mojej dupie, a jest wielkości czterodrzwiowej szafy. Nie no, przesadziłam. Kredensu. Czuję, że moje IQ spadło. 
________________________________________________________
Nie wiem, czy dalej pisać, jak coś wymyślę, to dopiszę...
Pozdro&Ciao

3 komentarze:

test pisze...

,,Nie trzeba zgadywać, że pingwiny pouciekałyby po tych słowach." To mnie rozwaliło xD. Z tekstu ( a właściwie tekstÓW) wynika, że masz ogromną wyobraźnię i na pewno coś wymyślisz :D. Czekam na więcej *.*

Seleight pisze...

To już bardziej mi się podoba :) Piszesz prosto, naturalnie, swobodnie, z humorem. I uwaga, to będzie komplement – dużo lepiej ode mnie ^^ Mogłabym się od Ciebie uczyć dialogów. Czyta się jak książkę… jak… Fitzpatrick! Ech, gdyby tacy przystojniacy jak Kas istnieli naprawdę… Wszystko mi się podoba tylko charakter Kim średnio.
Zastanawiam się skąd czerpiesz inspirację?
I jeszcze takie pytanie czy lubisz opowiadania z delikatnym wątkiem homoseksualnym? Kiedy tak czytałam Twoje coś mi się przypomniało :)

PS Jak można nie lubić kotków?

Tasiorek pisze...

Wiesz, ogolnie zapisuje to, co uda mi sie stworzyc w swoim wyimaginowanym swiecie :D fajnie sie czyta takie komentarze, wiesz?
A za watkami homoseksualnymi nie przepadam, bynajmniej nie w 1szej os.
I tak. Mozna nie lubic kotkow xD