sobota, 11 stycznia 2014

ROZDZIAŁ XI






ROZDZIAŁ XI




- Widzisz jak mało potrzeba, byś była moja- powiedział w pewnym momencie, ale brzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż jak pytanie. Nieważne co to było, ale podziałało na Jane jak zimny prysznic. Otrząsnęła się, zacisnęła szczękę, odepchnęła go i wybiegła z jego mieszkania. Jak mogła dać się tak omamić…
- Jane, przepraszam- krzyknął, pobiegł za nią.- O czym ty mówisz, co on ci zrobił?- Widząc, że dziewczynie zaszkliły się oczy, przytulił ją.- Co się stało w…


***

            Nowy dom, nowe wyzwania, a wspomnienia niech idą do diabła. W mieszkaniu, którego właścicielem był nie kto inny jak sama Janette Jones, było przestronnie i nowocześnie, a jednak przytulnie. Ściany koloru kawy z mlekiem komponowały się z białymi meblami.
- Coś jeszcze?- spytał Warr wnosząc kolejne pudła.
- Jeszcze dwa- odpowiedział Max i ruszył do samochodu.
- Kobieto, więcej tego nie miałaś?!- krzyknął z wyrzutami Warren.
- Oj, no proszę. Wiecie, że was kocham. I ubóstwiam. I wynagrodzę wam to- zapewniła rozstawiając kolejne przedmioty na półkach.
- Nawet wiem jak- uśmiechnął się szatańsko.- Stawisz się u jednego gościa. Potrzebujemy kogoś do negocjacji, a jak wiesz ja nie za bardzo się do tego nadaję, a Max stwierdził, że on odwalił swoje załatwiając układ.
- Jaki układ? O co chodzi?- Jane przymrużyła oczy.
- No mamy interes. Masz się spotkać z facetem od marketingu. Mamy parę pomysłów na reklamy, więc czemu by tego nie opchnąć?
- Niech wam będzie…- zgodziła się niepewnie.
- Co „niech wam będzie”?- spytał Collins, który właśnie wszedł z ostatnimi kartonami.
- Załatwiłem nam menadżerkę na piątkowe spotkaniem odnośnie reklam. Powiedz, kochanie, że jesteś ze mnie dumny- powiedział kpiąco Warr teatralnie mrugając oczami.
- Chłopcy, bez takich mi tu. Wyznawajcie sobie miłość beze mnie- rzuciła ze śmiechem dziewczyna.- A tak poza tym, to czemu dowiaduję się dzisiaj, o tym, że jutro mam spotkanie biznesowe, co?
- Tak wyszło. Dobra, bierzmy się za rozkładanie tego.

             Wszystko było idealnie. Przygotowany kosztorys, wszelkie dokumenty w torebce. Ciasno upięty kok idealnie współgrał z czarną, dopasowaną marynarką i ołówkową spódnicą do kolan. Cieliste koturny dodały jej powagi. No i kilku centymetrów.
            Doszła do Clinique Cafe, kawiarni, w której byli umówieni. Weszła, rozejrzała się. W lokalu siedziało może pięć osób. Podeszła do umówionego stolika, pod ścianą, w kącie, gdzie siedział postawny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka miał może pięćdziesiąt lat. Gdy ją zauważył, wstał.
- Pani Jones? Witam, jestem George Reuben- powiedział podając jej rękę.



Brak komentarzy: