ROZDZIAŁ XI
- Widzisz jak mało
potrzeba, byś była moja- powiedział w pewnym momencie, ale brzmiało to bardziej
jak stwierdzenie, niż jak pytanie. Nieważne co to było, ale podziałało na Jane
jak zimny prysznic. Otrząsnęła się, zacisnęła szczękę, odepchnęła go i wybiegła
z jego mieszkania. Jak mogła dać się tak omamić…
- Jane, przepraszam-
krzyknął, pobiegł za nią.- O czym ty mówisz, co on ci zrobił?- Widząc, że
dziewczynie zaszkliły się oczy, przytulił ją.- Co się stało w…
***
Nowy dom,
nowe wyzwania, a wspomnienia niech idą do diabła. W mieszkaniu, którego
właścicielem był nie kto inny jak sama Janette Jones, było przestronnie i
nowocześnie, a jednak przytulnie. Ściany koloru kawy z mlekiem komponowały się z
białymi meblami.
- Coś jeszcze?- spytał Warr wnosząc kolejne pudła.
- Jeszcze dwa- odpowiedział Max i ruszył do samochodu.
- Kobieto, więcej tego nie miałaś?!- krzyknął z wyrzutami Warren.
- Oj, no proszę. Wiecie, że was kocham. I ubóstwiam. I
wynagrodzę wam to- zapewniła rozstawiając kolejne przedmioty na półkach.
- Nawet wiem jak- uśmiechnął się szatańsko.- Stawisz się u
jednego gościa. Potrzebujemy kogoś do negocjacji, a jak wiesz ja nie za bardzo się
do tego nadaję, a Max stwierdził, że on odwalił swoje załatwiając układ.
- Jaki układ? O co chodzi?- Jane przymrużyła oczy.
- No mamy interes. Masz się spotkać z facetem od marketingu.
Mamy parę pomysłów na reklamy, więc czemu by tego nie opchnąć?
- Niech wam będzie…- zgodziła się niepewnie.
- Co „niech wam będzie”?- spytał Collins, który właśnie
wszedł z ostatnimi kartonami.
- Załatwiłem nam menadżerkę na piątkowe spotkaniem odnośnie
reklam. Powiedz, kochanie, że jesteś ze mnie dumny- powiedział kpiąco Warr teatralnie
mrugając oczami.
- Chłopcy, bez takich mi tu. Wyznawajcie sobie miłość beze mnie-
rzuciła ze śmiechem dziewczyna.- A tak poza tym, to czemu dowiaduję się
dzisiaj, o tym, że jutro mam spotkanie biznesowe, co?
- Tak wyszło. Dobra, bierzmy się za rozkładanie tego.
Wszystko było idealnie. Przygotowany
kosztorys, wszelkie dokumenty w torebce. Ciasno upięty kok idealnie współgrał z
czarną, dopasowaną marynarką i ołówkową spódnicą do kolan. Cieliste koturny
dodały jej powagi. No i kilku centymetrów.
Doszła do Clinique
Cafe, kawiarni, w której byli umówieni. Weszła, rozejrzała się. W lokalu
siedziało może pięć osób. Podeszła do umówionego stolika, pod ścianą, w kącie,
gdzie siedział postawny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka miał może pięćdziesiąt
lat. Gdy ją zauważył, wstał.
- Pani Jones? Witam, jestem George Reuben- powiedział
podając jej rękę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz