ROZDZIAŁ V
- Ile my się znamy?- Niewyraźne pomruki Warr’ego dały kres
śmiechowi spowodowanego wspomnieniami. Byli nieźle wstawieni. Tylko Max
pozostawał przy zdrowych zmysłach- nie pił tyle, bo na następny dzień miał coś
ważnego do załatwienia.
- Boże- westchnęła dziewczyna odchylając głowę do tyłu.-
Pamiętam, że jak was po raz pierwszy zobaczyłam, to nie wiedziałam, czy
przyszłam do psychiatryka, czy do szkoły. To było jakoś na początku gimnazjum-
zauważyła.
- Dzięki - prychnął chłopak.- Kurwa, już sześć lat. Kiedy to
mięło?
- Właśnie, wtedy uważałaś nas za imbecyli.- mruknął drugi.
- Dalej tak uważam- wtrąciła z uśmiechem.
- No widzisz, a siedzisz z nami w mojej kawalerce, pijesz z
nami równo i chyba właśnie przechodzisz w „stan nieważkości”- zakpił Max.
Takowym stanem nazywał nic innego jak chwile, w których to w alkoholu były
promile krwi .
Godziny
mijały, Warr poopowiadał trochę o wybrykach Katie, ale przymykał na nie oko. Stwierdził,
że dla takiego ciała, mimo wszystko, było warto. Jane wiedziała co się między
nimi działo. Była przyjaciółka często zdawała jej recenzje w formie zażaleń.
Żałowała, że ich złączyła. On przez nią stał się poważny i powściągliwy, nie
znajdował czasu dla przyjaciół i bliskich, a ona… Z nią było gorzej. Stała się
zarozumiała i wredna. Zaczęła uważać, że wszystko się jej należy, że może
bezkarnie robić co tylko zechce. Wtedy przyszło jej do głowy, że możliwe, iż
zmieniła się przez nią. Gdyby wiedziała, że robi sobie w niej wroga…
Zbliżała
się druga w nocy. Jane była tak pijana jak jeszcze nigdy w życiu. Warr
stwierdził, że ma dosyć, zaczął się ubierać do wyjścia. Z pełną gracją zwalił
półmisek ze stolika, przy którym siedzieli. Pozostała dwójka odprowadziła go do
drzwi. Max pożegnał się z kumplem i zamknął drzwi. Stojąca przed nim drobna
dziewczyna odwróciła się. Teraz stała z nim twarzą w twarz. Jej oczy błysnęły,
a ona sama przylgnęła do niego. Chciała tego. Od dawna. Tak, ona, Janette Jones
była szaleńczo zakochana w nim, Maksie Collinsie.
Wiedział,
że to niesprawiedliwe, że nie powinien. Nie powinien odpowiadać na jej pocałunki.
Nie w jej „stanie”. W tym momencie ją wykorzystywał. Z dość dużego
doświadczenia wiedział, że każda kobieta po alkoholu jest gotowa się oddać. A oddać
się jemu? Niejedna bez „zniewalaczy” to zrobiła. Musiał to przerwać.
- Jane- wyszeptał przypierając ją do ściany.- Nie możemy
tego robić…
- Gówno prawda- zaśmiała się gorzko.- Przyznaj, że po prostu
mnie nie chcesz.
Nawet nie wiedziała jak bardzo nie ma racji.
Odsunęła się, przeszła chwiejnie do pokoju obok. Max oparł
gorące czoło o ścianę. Wiedział, że jedyne co może teraz dla niej zrobić to
położyć ją do łóżka. I nic więcej.
Wszedł do
pomieszczenia, gdzie poszła Jane.
Zobaczył najpiękniejszy widok jaki w życiu widział. Drobną,
kobiecą postać z rozmazanym makijażem,
stojącą na środku sypialni w samej bieliźnie. Czarnej.
Stwierdził, że mógłby tą scenę oglądać co wieczór.
Max, weź się w garść. Chociaż ty myśl
trzeźwo.
- Proszę – wymruczała podchodząc do niego.- Wiem, że nie
jestem idealna. Ba! Nic we mnie nie jest takie. Nic co robię i nic z czym się
spotykam nie jest idealne. Za wyjątkiem twojego pieprzonego życia i ciebie.- To
ostanie dodała cicho. A on nic nie mówił, nie mógł przyjąć do wiadomości tego,
co powiedziała. I tego, że to nie ona. To te cholerne procenty, które w siebie
wlała.
Chłopak ujął
jej zimną dłoń. Przyciągnął do siebie. Uniósł dziewczynę niczym pannę młodą i
położył na miękkiej pościeli.
1 komentarz:
TAŚ TAŚ TASIOR!!!!!! - nareszcie!
Nareszcie się rozpisałaś! Jak zwykle w twoich powieściach nie brakuje pikanterii ( zinterpretuj to jak chcesz). Powiem tak - Poproszę o WIĘCEJ!
Prześlij komentarz