sobota, 11 stycznia 2014

ROZDZIAŁ XII




ROZDZIAŁ XII




-Jesteś boska- krzyknął Warr szczerząc się do Janette.- Mówiłem ci już o tym?! Mówiłem?- powtarzał. Cieszył się jak moher na wyprzedaży różańców.
- Zachowujesz się jak baba w centrum handlowym, gdy są przeceny- zakpił Max.
- Kretynie, będziemy bogaci, rozumiesz?
- Tak, ogarniam- zbył go widząc, że Jane nie kontaktuje.- Mała, żyjesz?
- Jasne. Ja już idę. Mam jeszcze coś do załatwienia.- Wzięła torebkę i wyszła.
- Co jej się stało?- spytał zdziwiony Warren.
- Nie wiem właśnie, ale od tego spotkania z Reubenem taka chodzi. A tak w ogóle to dzwonił, żeby się z nią spotkać, bo jakieś papiery jeszcze musi jej przekazać, a jak zaproponowałem, że przecież któryś z nas może je odebrać, to powiedział tylko, że od tego jest menadżer.
- Wiesz, on chyba wie co robi. A Jane może ma jakiś chwilowy kryzys. Może znowu jej starzy… wiesz o czym mówię. Przejdzie jej. Przecież to Jane. Nasza Jane. Parę dni i po kłopocie, ale fakt, wygląda jak trup. Nie wiem.- Warr przejmował się nią, ale nie aż tak jak Max. Jemu zależało w inny sposób. I to cholernie zależało. A widok cienia pozostałego po Janette przerażał go. Wiedział, że coś się stało. Ale co?

            Siedziała u siebie na sofie. W dłoniach gorąca czekolada, a w głowie wydarzenia z Clinique Cafe. To, co tam się działo i to, co było potem. Coś, czego nie zapomni, coś co wywoływało u niej obrzydzenie. Do samej siebie również.
Dźwięk smsa.
„Mam sprawę. Będę u ciebie za 2 godziny”. Stwierdziła, że musi się przewietrzyć. Wyjść z tych pustych, czterech ścian. „Muszę się przejść. Wpadnę o 18”
            Max właśnie wszedł do mieszkania. Zdążył zdjąć kurtkę, a już po chwili usłyszał pukanie.
- Wiesz, że nie musisz pukać, nie?
- Przyzwyczajenie- mruknęła.- Tak, więc, co to za sprawa?
- Po pierwsze, mogłem przyjść do ciebie. Po drugie, Reuben chce się jeszcze raz spotkać. Ma niby jakieś papiery dla nas i chciał, żebyś je odebrała. Powiedziałem, że na pewno przyjdziesz. W środę.- Jane gwałtownie wyprostowała się i wyrzuciła powietrze z płuc.
- Czemu mu tak powiedziałeś?- Była przerażona, a serce podeszło jej do gardła.
- A czemu nie. W środę miał wolne i powiedział, że to jest pilne.
- Ale ja już nie chcę. Jemu się wydaje, że może mnie mieć- wyrzuciła szybko.
- Co?- Max zmarszczył brwi.
- On nie chce papierów, tylko mnie, nie rozumiesz? Wiesz dobrze, że tego nie wymyśliłam!
- Wiem, ale czemu tak sądzisz?
- Tak po prostu- mruknęła zagryzając do krwi wargę.
- Przecież nie może cię mieć- powiedział, ale widząc jej poprzednią reakcję dodał- chyba nie dasz się jakiemuś podstarzałemu dupkowi. To niemożliwe, nie mogłabyś być jego. Nie jego. Nie jakiegoś obcego, bogatego sukinsyna.- To było dla niej gorsze, niż spoliczkowanie.
- Myślisz, że byłabym w stanie… - wymamrotała z niedowierzaniem.- Naprawdę masz o mnie takie zdanie? Sądzisz, że potrafiłabym być dziwką szukającą sponsora?!- krzyknęła.
- Nie o to mi chodziło- syknął.
- To o co? Przykro mi, że nie odebrałam twojego głębszego przesłania, gdy mówiłeś, że chcę się oddać jakiemuś staremu facetowi, tylko dlatego, że jest bogaty!
- Po prostu nie zniósłbym tego, że mogę cię stracić. Zrobiłbym dla ciebie wszystko. Wiem, że nie zrobiłabyś tego z tym kretynem!
- Teraz tak mówisz?! A co, gdybym ci powiedziała, że za późno. A tak w ogóle to mogę być z kim chcę, niezależnie od tego, kto, jaki jest, rozumiesz?!
- Jane, przecież znam cię! Wiem, że mówisz tak, tylko po to, żeby mnie bardziej wkurwić.
- Ja ciebie?! Nic nie wiesz!- ruszyła do wyjścia- Wydaje ci się, że mnie znasz! Tylko ci się wydaje-wykrzyczała mu prosto w twarz.- Nie masz prawa decydować za mnie, rozumiesz?! Wiesz co ja tam przeżyłam? Nie wiesz! Ty nic nie wiesz!- Chłopak przyparł ją do drzwi. W końcu to jego terytorium.
Oparł rękę obok jej głowy. Spojrzał w tętniące wściekłością oczy, w których zbierały się łzy. Zbliżył się, ale na taka odległość, że mogła odwrócić głowę. Mogła wyjść w każdej chwili. Zostawić go tam. Być może właśnie dlatego nie uciekła.
Teraz był jeszcze bliżej. Dziewczyna zesztywniała. Otworzyła wcześniej zaciśnięte usta. Jak on to zrobił? W jednej chwili chciała go zabić, a w drugiej zerwać z niego ubranie i… Jak? Jedyne czego teraz chciała, to poczuć jego smak. A on dobrze o tym wiedział. Nauczył się rozpoznawać reakcje kobiet na swoją osobę. Jak to mówią- doświadczenie.
- Widzisz jak mało potrzeba, byś była moja- powiedział w pewnym momencie, ale brzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż jak pytanie. Nieważne co to było, ale podziałało na Jane jak zimny prysznic. Otrząsnęła się, zacisnęła szczękę, odepchnęła Maksa i wybiegła z jego mieszkania. Jak mogła dać się tak omamić…
- Jane, przepraszam- krzyknął, pobiegł za nią.- O czym ty mówisz, co on ci zrobił?- Widząc, że dziewczynie zaszkliły się oczy, przytulił ją.- Co się stało w Clinique Caffe?


ROZDZIAŁ XI






ROZDZIAŁ XI




- Widzisz jak mało potrzeba, byś była moja- powiedział w pewnym momencie, ale brzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż jak pytanie. Nieważne co to było, ale podziałało na Jane jak zimny prysznic. Otrząsnęła się, zacisnęła szczękę, odepchnęła go i wybiegła z jego mieszkania. Jak mogła dać się tak omamić…
- Jane, przepraszam- krzyknął, pobiegł za nią.- O czym ty mówisz, co on ci zrobił?- Widząc, że dziewczynie zaszkliły się oczy, przytulił ją.- Co się stało w…


***

            Nowy dom, nowe wyzwania, a wspomnienia niech idą do diabła. W mieszkaniu, którego właścicielem był nie kto inny jak sama Janette Jones, było przestronnie i nowocześnie, a jednak przytulnie. Ściany koloru kawy z mlekiem komponowały się z białymi meblami.
- Coś jeszcze?- spytał Warr wnosząc kolejne pudła.
- Jeszcze dwa- odpowiedział Max i ruszył do samochodu.
- Kobieto, więcej tego nie miałaś?!- krzyknął z wyrzutami Warren.
- Oj, no proszę. Wiecie, że was kocham. I ubóstwiam. I wynagrodzę wam to- zapewniła rozstawiając kolejne przedmioty na półkach.
- Nawet wiem jak- uśmiechnął się szatańsko.- Stawisz się u jednego gościa. Potrzebujemy kogoś do negocjacji, a jak wiesz ja nie za bardzo się do tego nadaję, a Max stwierdził, że on odwalił swoje załatwiając układ.
- Jaki układ? O co chodzi?- Jane przymrużyła oczy.
- No mamy interes. Masz się spotkać z facetem od marketingu. Mamy parę pomysłów na reklamy, więc czemu by tego nie opchnąć?
- Niech wam będzie…- zgodziła się niepewnie.
- Co „niech wam będzie”?- spytał Collins, który właśnie wszedł z ostatnimi kartonami.
- Załatwiłem nam menadżerkę na piątkowe spotkaniem odnośnie reklam. Powiedz, kochanie, że jesteś ze mnie dumny- powiedział kpiąco Warr teatralnie mrugając oczami.
- Chłopcy, bez takich mi tu. Wyznawajcie sobie miłość beze mnie- rzuciła ze śmiechem dziewczyna.- A tak poza tym, to czemu dowiaduję się dzisiaj, o tym, że jutro mam spotkanie biznesowe, co?
- Tak wyszło. Dobra, bierzmy się za rozkładanie tego.

             Wszystko było idealnie. Przygotowany kosztorys, wszelkie dokumenty w torebce. Ciasno upięty kok idealnie współgrał z czarną, dopasowaną marynarką i ołówkową spódnicą do kolan. Cieliste koturny dodały jej powagi. No i kilku centymetrów.
            Doszła do Clinique Cafe, kawiarni, w której byli umówieni. Weszła, rozejrzała się. W lokalu siedziało może pięć osób. Podeszła do umówionego stolika, pod ścianą, w kącie, gdzie siedział postawny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka miał może pięćdziesiąt lat. Gdy ją zauważył, wstał.
- Pani Jones? Witam, jestem George Reuben- powiedział podając jej rękę.



ROZDZIAŁ X

Tak, wiem, długo mnie nie było...






ROZDZIAŁ X


Matka siedziała na krześle w kuchni. Popijała jakiś procentowy trunek wpatrzona w okno przed sobą.
- Mamo- zaczęła cicho.- Gdzie on jest?
- Nie ma. I nigdy już nie będzie. Nigdy więcej już nie ma prawa tu przychodzić- mówiła stanowczym głosem nie spuszczając wzroku z dzieci bawiących się na ulicy.
- Ale jak? Przecież jak będzie chciał to i tak wróci, i nic nie możesz zrobić. Dobrze wiesz…
- Rzucił mi dokumenty rozwodowe-przerwała. –Spakował rzeczy i wyszedł. Od razu pojechałam na policję, zgłosiłam to. Później do sądu. Zapewniam cię, nie wróci już. Możesz mnie zostawić samą?- Znów zamilkła. Parę godzin temu widziała roztrzęsioną, przerażoną i bezradną kobietkę, a teraz to… zimny, opanowany potwór.
Wyszła z salonu, po czym udała się do swojego pokoju. Uświadomiła sobie, że jej rodzina nigdy tak naprawdę nie istniała, ale to ona ją ostatecznie rozbiła. Schowała się pod łóżko. Miała nadzieję, że tym razem nikogo ani nie zawiedzie, ani nie zrani.

            Obudziło ją pukanie do drzwi. Okazało się, że był już ranek. Całą noc przespała pod łóżkiem… jak pies. Usłyszała kroki w swoim pokoju.
- I jak poszło? W porządku? Co z mamą?- Spytał znajomy głos. Dziewczyna leniwie wyczłapała się spod łóżka. Usiadła na podłodze opierając się o szafę.
- To już nie jest moja mama- mruknęła wpatrując się w podłogę pustym wzrokiem.- To jest jakiś dziwny potwór. Ojciec rzucił w nią papierami rozwodowymi i się wyprowadził. A ona- zawiesiła głos- siedziała i piła, a gdy przyszłam nawet nie spojrzała na mnie i kazała zostawić się w spokoju. Rozwaliłam rodzinę. Pozorną i fałszywą, ale rodzinę. Zniszczyłam matkę. I to w ciągu paru godzin.
- To nie jest twoja wina. Sama czytałaś, co robił. Daj jej trochę czasu. Musi odpocząć, przetrawić to, co się stało. Tobie też się przyda odpoczynek- mówił spokojnie patrząc na zrezygnowaną dziewczynę.- Wstawaj. Idziemy- rozkazał.
- Ale gdzie?! Co?! Max…?
- Jeszcze nie wiem. Może kino czy coś. Nie pozwolę ci tu siedzieć i się obwiniać za coś, czego nie zrobiłaś, rozumiesz?- Dziewczyna przerzuciła wzrok na niego, ale poza tym nie zareagowała. Widząc to podniósł się z fotela.- Nie chcesz wstać?- Pokręciła przecząco głową. Podszedł do niej, podniósł, przerzucił przez ramię, zakręcił się dwa razy, po czym rzucił ją na łóżko i zaczął łaskotać.- Chyba jednak dasz się skusić.- Uśmiechnął się łobuzersko.
- Daj mi piętnaście minut, muszę się ogarnąć, sadysto.


_____________________________________________________________
Dzisiaj dojdą jeszcze 3 rozdziały długie, może nawet ciekawe...

Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek





sobota, 4 stycznia 2014

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ IX



            Pochmurno, wilgotno i smętnie. Piękny dzień na sprzątanie. Czas przeszperać wszystkie półki na otulonym kurzem strychu. Otworzyła jedną z szuflad segmentu.  Znalazła coś, czego się nie spodziewała. Chyba jakieś notatniki. Wyciągnęła jeden ze starych zeszytów, otworzyła.
„14 listopada.
Nazwał mnie ‘starą kurwą’ Nie wytrzymam Mam dość.
15 listopada
Znowu mnie uderzył
był pijany.
Dobrze że Jane była u babci.
16 listopada
Zgwałcił mnie Powiedział, że jeśli mu się nie oddam skrzywdzi Jane Nie pozwolę, żeby zrobił coś mojemu dziecku.
17 listopada
Dzisiaj było normalnie Darena nie było przez cały dzień w domu Pewnie mnie zdradza…”
Czytała kolejne wpisy. Kręciło się jej w głowie. Oparła się o karton za nią. To nie może być prawda! Nie w moim domu. Przecież zawsze byliśmy taką idealną rodziną. Przecież ojciec tyle razy mówił mamie ‘kocham’. To nie możliwe. Naprawdę nie wierzyła w to, co czyta. Postanowiła sprawdzić. Poszła do salonu.
- To prawda?- spytała beznamiętnie. Spojrzała na przerażoną matkę. Daren zmarszczył brwi.
- Zależy co to jest- odparł. Sięgnął po zużyte, zeszytowe kartki. Przyglądał się kolejnym słowom. – Co to ma być?- Wysyczał do przestraszonej Iris.- Pytam się, co to, kurwa, jest?- Nie słysząc odpowiedzi spoliczkował ją, po czym wsadził dłonie do kieszeni garniturowych spodni i energicznie wyszedł trzaskając drzwiami. Dziewczyna podbiegła do matki.
- Mamo, nic ci nie jest? Czyli to prawda, co pisałaś, tak?- Zmęczona kobieta podniosła smutne spojrzenie. Jane dawno nie widziała w oczach swojej matki tyle bólu.- Czemu nic nie mówiłaś?- Dziewczynie załamał się głos. Wstała, wyprostowała się po czym ruszyła do wyjścia. Nie wiedziała dokąd zamierza pójść, ale wiedziała, że musi odreagować. Całe życie w kłamstwie.
            Dochodziła osiemnasta. Max wszedł do swojego mieszkania, zdjął kurtkę i poszedł do salonu zostawić dokumenty z uczelni. Usłyszał pukanie. Cholera, chwili spokoju nie ma. Kogoż tu niesie? Podszedł znudzony do drzwi, otworzył je. Zapłakana dziewczyna szybko się w niego wtuliła. Tak, teraz tego potrzebowała.


-…czytaj tutaj- mruknęła pokazując chłopakowi kolejne wersety z notatnika.
-„ Znowu był pijany. Miał ślady po czerwonej szmince na szyi. Gdy wszedł do domu rzucił się na mnie. Miałam potem połamane żebra i rozcięty łuk brwiowy. Dobrze, że Jane była na warsztatach w przedszkolu. Zdążę się wykurować zanim wróci”- przeczytał i zamilkł.- Boże. Co ona przeżywała- zawiesił głos.- Nic o tym nie wiedziałaś?
- Nie. Zawsze chodziła taka promienna i w ogóle, a ojca i tak nigdy nie było- siedziała skulona na sofie próbując przypomnieć sobie chociaż jeden moment, gdy mogło się coś takiego dziać.- Całe życie mnie okłamywali. Mama nigdy nawet słowem nie wspomniała o tym, co jej robił. Ten potwór tyle razy mówił, że ją kocha.- Jej oczy znowu napełniły się łzami.- Czemu to wszystko jest takie trudne, co?
- Nawet nie wiem, co ci powiedzieć. Musisz to z nimi załatwić. I to jak najszybciej. Odwiozę cię do domu, usiądź i porozmawiaj z matką. Jest rozsądną kobietą, na pewno coś wymyślicie- tłumaczył powoli Max.- Wierzę w to- powiedział z przekonaniem patrząc prosto w oczy Jane. Mówił prawdę.

______________________________________________________________
Zajebiaszczego Nowego Roku życzę Wam ja!
Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek

czwartek, 26 grudnia 2013

ROZDZIAŁ VIII

No dobra, trochę się opieprzałam, ale... 




ROZDZIAŁ VIII


- Wydaje ci się, że mnie znasz! Tylko ci się wydaje- wykrzyczała mu prosto w twarz.- Nie masz prawa decydować za mnie, rozumiesz?! Wiesz co ja tam przeżyłam? Nie wiesz! Ty nic nie wiesz!- chłopak przyparł ją do wyjściowych drzwi. W końcu to jego terytorium.
Oparł rękę obok jej głowy. Spojrzał w tętniące wściekłością oczy, w których zbierały się łzy. Zbliżył się, ale na taka odległość, że mogła odwrócić głowę. Mogła wyjść w każdej chwili. Zostawić go tam. Być może właśnie dlatego tego nie zrobiła.
Teraz był jeszcze bliżej. Dziewczyna zesztywniała. Otworzyła wcześniej zaciśnięte usta. Jak on to zrobił? W jednej chwili chciała go zabić, a w drugiej zerwać z niego ubranie i… Jak? Jedyne czego teraz chciała, to poczuć jego smak. A on dobrze o tym wiedział. Nauczył się rozpoznawać reakcje kobiet na swoją osobę. Jak to mówią- doświadczenie.


***

Ociężała Janette zwlekła się z łóżka i poczłapała do kuchni.
Nadal stojąc w samej bieliźnie upijała kolejne łyki gorącej kawy. Jedyne co miała w głowie to białą przestrzeń. Pustkę. Nie była zdolna do niczego poza mechanicznymi ruchami powtarzanymi codziennie.
Dopiła Espresso, wzięła aspirynę, poszła do łazienki. Gdy zobaczyła w lustrze swoje odbicie, przestraszyła się.
Niesforne, buszujące loki pozbawione blasku. Podkrążone oczy bez wyrazu. Biała skóra i wysuszone usta, z których gdzieniegdzie sączyła się krew. Wyglądają jakby były pogryzione. Dziwne pomyślała, po czym wybuchła nieokiełznanym śmiechem przypominając sobie sytuację sprzed paru miesięcy. Momentu, gdy pijany Warr przez sen całował się z… psem sąsiadki. Na wspomnienie półprzytomnego chłopaka, który przeżywał chyba najbardziej namiętny pocałunek w życiu, nie mogła się opanować. Co jak co, ale jeśli chodzi o naprawdę głupie rzeczy, to ten człowiek był po prostu mistrzem.

            Szarpnęła za klamkę. Te cholerne drzwi znów żyły własnym życiem. Po paru próbach udało się. Przekręciła zamek, schowała klucze i udała się do swojego domu.
Ludzie dziwnie patrzyli na dziewczynę w typowo wieczorowej kreacji. Przed południem. W sobotę.
            Po gorącym prysznicu ubrała ulubione jeansy i biały t-shirt. Przypomniała sobie słowa ulubionej stylistki „najprostsze połączenia są najlepsze. Trzeba mieć klasę, by nosić zwykłe jeansowe spodnie, a do tego jeszcze zwyklejsze śnieżnobiałe shirty.” Uśmiechnęła się do siebie. Jestem kobietą z klasą! Albo Terminatorem z klasą- jakby powiedział Max.
Przypomniała sobie, że przecież ma jego klucze. A co jeśli on wróci szybciej? W końcu dochodziła czternasta, a miał wrócić popołudniu. Najrozsądniejszym wyjściem będzie pojechanie do mieszkania i grzeczne czekanie na właściciela. Ale ja? Grzeczna?

            Przyglądała się książkom na półkach regału. W pewnym momencie dostrzegła album. Usiadła na sofie przeglądając kolejne fotografie.
Państwo Collins. Ron, starszy brat Maksa. Jakaś dziewczynka. I znowu ona. Mała, drobna, jakby wychudzona. Kolejne zdjęcia. Jakieś wycinki gazet. „ Anna Collins, pięć lat… wypadek przy Wall Route. Trzy ofiary w tym jedna śmiertelna… Chłopcu i matce udało się przeżyć.” Kolejne napisy. Zdjęcia białej trumienki. Białe róże. Biały różaniec w kościstej dłoni. Na następnej stronie Max z tą dziewczynką. Mógł mieć wtedy co najwyżej dziesięć lat. Mieli identyczne rysy twarzy. Te same oczy. Wdzięczne, radosne. Czyli miał jeszcze siostrzyczkę.
Boże, co musiało czuć dziecko, które zamiast swojej ukochanej siostry, z dnia na dzień widzi tylko trumnę w ciemnym dole. Gdy z chwili na chwilę musi sobie uświadomić, że nigdy więcej nie usłyszy jej głosu, nie doświadczy jej zaczepek, radości czy nawet zwykłego dotyku. Po policzku Jane spłynęła łza.
- Co masz?- Słysząc za sobą zaciekawiony głos podskoczyła. Spojrzała za siebie.
- Tak mi przykro- wymamrotała ocierając stróżki łez z twarzy.
Nie zrozumiał. No tak, wszedł do swojego mieszkania, zastał płaczącą kobietę, którą kocha, a która mówi, że jej przykro. Jak to rozumieć?

Podszedł do niej. Usiadł obok, oparł głowę na jej ramieniu. Gdy zobaczył co przegląda, uśmiech momentalnie znikł z jego twarzy. Zmarszczył brwi, zacisnął powieki. Przybliżył się do niej i mocno przytulił. Siedzieli w całkowitej ciszy. 



___________________________________________________________________________
Dobra, to, zapewne jak się domyślacie, jeszcze nie koniec. 
W najbliższych dniach postaram się napisać dalsze części.
Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek

środa, 11 grudnia 2013

ROZDZIAŁ VI i VII


ROZDZIAŁ VI

            Max siedział wyciągnięty na fotelu obok łóżka. Uważnie przyglądał się Jane.
-Czyli twierdzisz, że nie zamierzasz zerżnąć pijanej, prawie nagiej, od dawna napalonej na ciebie kobiety tylko dlatego, że jest pijana. Tak?- Chociaż była co najmniej w stanie nieważkości, to trzeba jej przyznać, że to, co powiedziała brzmiało bardzo trzeźwo.
- Tak, zasadniczo to dążę do tego, że nie zamierzam pierdolić twoich ledwie żywych zwłok.- Znów gorzki śmiech.
- Aha- mruknęła odwracając się na bok.- Mówi to ktoś, kto przeleciał połowę kobiet w mieście. Żałosne.  Jakoś jak profesorka parę miesięcy temu cię chciała to nie zaprzeczałeś, chociaż też była zalana.
            Zacisnął zęby. Wiedział, że i tak nie będzie tego pamiętała. Pieprzenie przypadkowych dziewczyn to coś zupełnie innego. Nie ważne czy pijana, czy zakochana. Ważne, że chętna.
Ale z Janette chciał, żeby to przebyło jak należy. Żeby wiedziała, że tego chce, żeby najpierw była tylko jego. No i żeby pamiętała coś z gorących przeżyć. Tak, na tym też mu zależało. Gdyby ją teraz dotknął byłoby za późno. Nie wystarczyłoby mu. Chciałby więcej. Dużo więcej, niż mógł dostać.
            W pewnym momencie zaczęła się śmiać.
- Z czego się śmiejesz?- spytał nie rozumiejąc sytuacji.
- Wiesz co jest bardzo zabawne?- spojrzała niewyraźnie na niego.- Najzabawniejsze jest to, że mam więcej powodów, by umrzeć, niż żeby żyć.- Zamarł. Spodziewał się kolejnej kąśliwej uwagi na swój temat, a nie czegoś takiego. Nie po niej. Przecież była zawsze taka uśmiechnięta i do obrzydzenia pozytywna… Co przegapił? Co mu umknęło? Gdy z nią rozmawiał nie było w niej niczego niepokojącego.
A może był po prostu przewrażliwiony? Przecież była pijana. Ba, pijana to za mało powiedziane. Ale może było w tym coś jeszcze?







ROZDZIAŁ VII

            Poranek był wyjątkowo ciężki. Ledwo żywa Jones obudziła się w nieswoim łóżku. Poczuła zapach otulającej ją pościeli i już wiedziała gdzie jest.
- Kawy?- zapytał kpiącym tonem Max.- Czy może coś mocniejszego? A może sypnąć ci trzy łyżeczki?
- Tak, i sześć cukru. Tylko nie mieszaj, bo nie lubię słodkiej- odparła zgryźliwie.- Ile ja wczoraj wypiłam?- Wciąż się nie ruszała.
- A ile pamiętasz?
- Pamiętam szampana, końcówkę Burbona i to by było na tyle.- Przetarła siną ręką twarz i odgarnęła włosy.
- No to potem było jeszcze trochę wina i pół lita czystej. Z gwinta.
- Żartujesz- wybałuszyła oczy.- Pozwoliliście mi pić czystą prosto z butelki?!
- Pozwoliliśmy?! Rzuciłaś kieliszkiem mówiąc, że dzisiaj nie bawisz się w drobnostki i żebyśmy dali ci flaszkę.
- Boże- mruknęła i zacisnęła powieki.- W życiu tyle w siebie nie wlałam. Nie mówiąc o tym, że pamiętam wszystko tylko do momentu…wyzywania was od…- zawiesiła głos, przypomniała sobie te wszystkie słowa, którymi obrzuciła świat. Nawet nie wiedziała, że część z nich zna.- Możesz mi jeszcze powiedzieć jedną rzecz? Dlaczego leżę u ciebie w łóżku w samej bieliźnie?- spytała zażenowana.
- To historia na wieczór- uśmiechnął się chłopak.- Zaraz przyjdą po mnie, więc będziesz musiała się obsłużyć. Wiesz gdzie co leży, a jak będziesz wychodzić zamknij drzwi na klucz.
- Jak to przyjdą po ciebie- przeraziła się. To było dość ciekawe zważając na to, że nie pamiętała ponad połowy wydarzeń z poprzedniego wieczora.
- Mówiłem wczoraj, że mam coś do załatwienia. Będę pod wieczór. A co, miałaś już nadzieję, nie?- droczył się, po czym rzucił w Jane poduszką. Usłyszeli pukanie do drzwi.- Dobra, to ty trzeźwiej, a ja… No wiesz.

            Wyszedł. Jedyne, co przyszło jej do głowy to Co ja nagadałam? Chociaż, przecież znali się nie od dziś. Chłopaki dobrze wiedzieli, że nie pije. Co mogło się takiego dziać?

wtorek, 10 grudnia 2013

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ V


- Ile my się znamy?- Niewyraźne pomruki Warr’ego dały kres śmiechowi spowodowanego wspomnieniami. Byli nieźle wstawieni. Tylko Max pozostawał przy zdrowych zmysłach- nie pił tyle, bo na następny dzień miał coś ważnego do załatwienia.
- Boże- westchnęła dziewczyna odchylając głowę do tyłu.- Pamiętam, że jak was po raz pierwszy zobaczyłam, to nie wiedziałam, czy przyszłam do psychiatryka, czy do szkoły. To było jakoś na początku gimnazjum- zauważyła.
- Dzięki - prychnął chłopak.- Kurwa, już sześć lat. Kiedy to mięło?
- Właśnie, wtedy uważałaś nas za imbecyli.- mruknął drugi.
- Dalej tak uważam- wtrąciła z uśmiechem.
- No widzisz, a siedzisz z nami w mojej kawalerce, pijesz z nami równo i chyba właśnie przechodzisz w „stan nieważkości”- zakpił Max. Takowym stanem nazywał nic innego jak chwile, w których to w alkoholu były promile krwi .
            Godziny mijały, Warr poopowiadał trochę o wybrykach Katie, ale przymykał na nie oko. Stwierdził, że dla takiego ciała, mimo wszystko, było warto. Jane wiedziała co się między nimi działo. Była przyjaciółka często zdawała jej recenzje w formie zażaleń. Żałowała, że ich złączyła. On przez nią stał się poważny i powściągliwy, nie znajdował czasu dla przyjaciół i bliskich, a ona… Z nią było gorzej. Stała się zarozumiała i wredna. Zaczęła uważać, że wszystko się jej należy, że może bezkarnie robić co tylko zechce. Wtedy przyszło jej do głowy, że możliwe, iż zmieniła się przez nią. Gdyby wiedziała, że robi sobie w niej wroga…
            Zbliżała się druga w nocy. Jane była tak pijana jak jeszcze nigdy w życiu. Warr stwierdził, że ma dosyć, zaczął się ubierać do wyjścia. Z pełną gracją zwalił półmisek ze stolika, przy którym siedzieli. Pozostała dwójka odprowadziła go do drzwi. Max pożegnał się z kumplem i zamknął drzwi. Stojąca przed nim drobna dziewczyna odwróciła się. Teraz stała z nim twarzą w twarz. Jej oczy błysnęły, a ona sama przylgnęła do niego. Chciała tego. Od dawna. Tak, ona, Janette Jones była szaleńczo zakochana w nim, Maksie Collinsie.

            Wiedział, że to niesprawiedliwe, że nie powinien. Nie powinien odpowiadać na jej pocałunki. Nie w jej „stanie”. W tym momencie ją wykorzystywał. Z dość dużego doświadczenia wiedział, że każda kobieta po alkoholu jest gotowa się oddać. A oddać się jemu? Niejedna bez „zniewalaczy” to zrobiła. Musiał to przerwać.
- Jane- wyszeptał przypierając ją do ściany.- Nie możemy tego robić…
- Gówno prawda- zaśmiała się gorzko.- Przyznaj, że po prostu mnie nie chcesz.
Nawet nie wiedziała jak bardzo nie ma racji.
Odsunęła się, przeszła chwiejnie do pokoju obok. Max oparł gorące czoło o ścianę. Wiedział, że jedyne co może teraz dla niej zrobić to położyć ją do łóżka. I nic więcej.
            Wszedł do pomieszczenia, gdzie poszła Jane.
Zobaczył najpiękniejszy widok jaki w życiu widział. Drobną, kobiecą postać  z rozmazanym makijażem, stojącą na środku sypialni w samej bieliźnie. Czarnej.
Stwierdził, że mógłby tą scenę oglądać co wieczór.
            Max, weź się w garść. Chociaż ty myśl trzeźwo.
- Proszę – wymruczała podchodząc do niego.- Wiem, że nie jestem idealna. Ba! Nic we mnie nie jest takie. Nic co robię i nic z czym się spotykam nie jest idealne. Za wyjątkiem twojego pieprzonego życia i ciebie.- To ostanie dodała cicho. A on nic nie mówił, nie mógł przyjąć do wiadomości tego, co powiedziała. I tego, że to nie ona. To te cholerne procenty, które w siebie wlała.

            Chłopak ujął jej zimną dłoń. Przyciągnął do siebie. Uniósł dziewczynę niczym pannę młodą i położył na miękkiej pościeli.