środa, 21 stycznia 2015

GWIAZD NASZYCH WINA, czyli o tym jak popularność odrzuca i robi sieczkę.





       Wiecie, zazwyczaj, gdy coś jest popularne i świat wokół tego zaczyna się kręcić...to mnie odrzuca, przeraża i przerasta.
Przytłaczające uczucie modnego kiczu jest wszędzie, więc z góry zakładam, że to nie dla mnie.
Gdy sława schodzi na boczny tor, dany obiekt jest na liście 'priorytetów do przyswojenia', ale w przyszłości. Już po Wielkim Szale.
       No i przyszedł czas na „Gwiazd naszych wina”. Tytyryty!
Co mogę powiedzieć... Książka przedstawia historię na pozór magiczną, tragiczną, ale w moim odczuciu, że jest normalna. Codzienna. Ludzie codziennie zakochują się, umierają. Dla jednych rzeczywistość jest bardziej łaskawa, a dla innych mniej. Świat nie jest sprawiedliwy. Nikt nie mówił, że będzie lekko.
       A co, jeśli właśnie pospolitość ją wyróżnia? Zwrócenie uwagi na tragedię poszczególnych jednostek? 
       A co jeśli tak nie jest?
       Zauważmy pewną rzecz. Nie tylko Hazel Grace cierpi, a wszyscy skupiają się na jej. Robią z niej małą, słabą dziewczynkę, która przed światem jest twarda, bo chcą zobaczyć w niej kogoś, kim sami nie są.
Bądźmy szczerzy, istoty ludzkie, które codziennie mijamy, mają większe problemy. Zazwyczaj oprócz własnej choroby jest jeszcze trójka dzieci, kredyt pod hipotekę i stos innych zmartwień. 
       Wiecie, ludzie widzą w tej historii tylko absurd, jakim jest śmierć Augustusa, bo przecież on był dobry, kochał ją. Nie miał umrzeć. To on miał być na jej pogrzebie, nie na odwrót.
       A ja pokaże świat z innej strony. Nie tej miłosnej papki, na której skupia się film i tabun rozwrzeszczanych nastolatek.
Wiecie jak to jest, gdy rodzic musi zakopać zimne ciało swojego dziecka? Jak to jest wychowywać kogoś z nadzieją, że będzie miało rodzinę, duży dom z ogrodem. Że ten człowiek, którego uczyłeś chodzić, z nadzieją, że kiedyś role się odwrócą i to ciebie, niedołężnego, schorowanego trzeba będzie podtrzymywać... I uświadamiasz sobie, że to wszystko jest iluzją. Twoje dziecko umrze wcześniej niż ty. Mało tego! Będziesz patrzył jak powoli przekwita i jak przegrywa w walce z samym sobą, gdy każdy dzień będzie życiowym wyzwaniem. Wszystko pryska jak bańka mydlana po zetknięciu z rzeczywistością. Rodzic przestaje pełnić swoją najważniejsza rolę w życiu. Ale nie tylko rodzic. Brat. Siostra. Przyjaciel. Okrutny jest widok trumny spoczywającej w padole. Świadomości, że nie zobaczysz jak się uśmiecha, staje obywatelem i starzeje z godnością. Co noc masz te zmyślone rozmazane obrazy przed oczyma. Nie życzę najgorszym wrogom.
       Zrobiło się depresyjnie, więc wróćmy do konkretów.
       Interpretacja jest po to, by każdy mógł znaleźć w dowolnym przedmiocie swoją ideologię. I w momencie, gdy czytałam komentarze na temat tej książki (czy filmu)... Nie zachęciło mnie to zbytnio. Z opinii wynikało, że to jest to historia o nieszczęśliwej, niespełnionej miłości dwojga chorych ludzi.
Nope. Nope. Nope. 
Chodzi o walkę z samym sobą, z zamknięciem się we własnym świecie przemyśleń o śmierci i o tym co dalej. O pokonaniu własnych słabości. O przełamaniu schematów dotyczących umierania. O pojednaniu. Możecie wierzyć lub nie, tu jest coś więcej.
Podważenie ogólnie przyjętych praw egzystencjalizmu, istnienia.
Potwierdzenie, że świat jest tak cholernie niesprawiedliwy, że gdyby nie fakt, że jest czymś umownym, niejeden wyzwałby go od niespełnionych, żądnych ofiar kurw.
Historia miłosna jest wątkiem. Tłem. Tak naprawdę zajmuje kilkadziesiąt stron przy końcu. Reszta to spojrzenie na anturaż oczami szesnastoletniej Hazel z chorobą nowotworową, która walczy o każdy dzień. Mniej lub bardziej świadomie. Realistycznie.
Może to błędne posadzenie. Może faktycznie chodzi o coś płytszego niż walkę ze świadomością śmiertelności.
Może.
Co ja mogę wiedzieć, jestem przecież tylko jednym z milionów czytelników.
       To, co mogę powiedzieć o technicznych sprawach powieści: język lekki, zabawny i zrozumiały, nafaszerowany emocjami. Narratorka opisuje swój świat z cholernym dystansem. I to jest właśnie coś, co sprawia, że czyta się tę książkę bardzo szybko i przyjemnie. Zakochałam się w języku autora, o którym później Wam dopowiem. 

       Jak zapewne wszyscy wiedzą, ta powieść doczekała się EKRANIZACJI. Co to znaczy? WIERNEGO PRZENIESIENIA wydarzeń zawartych w lekturze (przynajmniej tak twierdzi Słownik Języka Polskiego). Niestety, mogę powiedzieć, że w moim odczuciu jest to jedynie adaptacja. Pominięto szczegóły, które są niemalże kluczowe, przez co 'ekranizacja' jest o wiele uboższa od oryginału.
Nie mówiąc o tym, że (powtórzę jeszcze raz) ekranizacja skupia się romansie. 
Jasne! 
Defenestrujmy wartości i morały! Skupmy się na tandetnym wypraniu mózgu nastolatkom (jako największej części grona odbiorców) tworząc ze wzruszającej historii o swoistym katharsis melodramatyczne filmidło. Nie mówię, że film sam w sobie jest zły. Jest dobry. Nie cudowny, może nie godny Oscarów. Jest naprawdę dobry. Dwa słowa in re filmu: warty polecenia.
A asystentka pisarza w adaptacji jest... szczupłą, wysoką, rudą, piękną holenderką. Wszyscy dobrze wiemy, że kobiety Tych Regionów zazwyczaj postrzegane są jako Typowe Helgi. Miłe zaskoczenie dla oka.
Lecz między powieścią, a dużym ekranem jest otchłań Morza Czerwonego*, które pochłonęło postaci, wydarzenia, przemyślenia i główny przekaz. Przynajmniej ja tak uważam.
       Szczerze powiedziawszy uroniłam łezkę. Jedną. I to przy końcu. Książki. Może dlatego, że jestem realistką, która zdaje sobie sprawę, że takie rzeczy dzieją się na co dzień? A może jestem po prostu zimną suką bez serca? Może dlatego, że mam swój bagaż taki a nie inny i świadomość utraty bliskich nie raz przerabiałam?
Wiecie, gdy człowiek żegna się z najbliższymi i gdy żegna najbliższych...historie takie jak te nie wpływają na życie tak bardzo jak na ludzi zamkniętych całe życie w Bezpiecznej Kuli Antyuczuciowej. Nie tylko Hazel musiała się pożegnać z kimś, do kogo się bardzo przywiązała.Ona sama też umiera. Jak każdy z nas. Tylko w bardziej bezlitosny sposób. Choć kto wie, co zostało nam zapisane.
No właśnie, umiera czy umarła?
I tu chcę wrócić do momentu, gdy wspomniałam o autorze.
Postać Petera van Houtena. Starego, zgorzkniałego i jakże cynicznego pisarza, który nie boi się powiedzieć tego, o czym myśli. Może dlatego darzę go sympatią (mimo, że cholernie przypomina mi Ebenezera Scrooge'a).Wiecie, pewne podobieństwo.
W każdym razie, w swojej jedynej książce pisarz urywa fabułę w połowie. I już, ciach i koniec.
A czy w 'Gwiazd naszych wina' Green nie robi tego samego? Czyż to nie egoistyczne?
Co dalej się dzieje z Hazel, rodzicami Gusa, Isaakiem czy Bezjajecznym Patrickiem?
Czy John Green nie chce przekazać, że potem nic nie ma? Czy przyjmuje stanowisko van Houtena (którego sam wymyśla), o tym, że wyimaginowane postacie kończą swój żywot wraz z ostatnimi kartkami książki? A może przez postać bogatego alkoholika daje do zrozumienia, że to jest koniec, on już nie bierze udziału w tym, co się dzieje dalej. Wiecie, takie „zostawcie mnie w spokoju, chcę umrzeć!” wypowiedziane przez rozkapryszonego czterolatka.
       Podsumowując. Film jest TU, a książka...

[spora przestrzeń wyobraźni]
... TUTAJ.
Te dwie pozycje, choć przedstawiają te same wydarzenia, opisują je z innej perspektywy, zwracają uwagę na inne wartości. Dla masy, nie posiadającej czasu, polecam film. Obejrzeć, popłakać, nie myśleć o tym za dużo, zapomnieć. Dla bardziej ambitnych polecam książkę. A potem film. Dla osobistej satysfakcji. Intelektualnej, rzecz jasna.



~Wasz Tasiorek
*- nawiązanie do przeprowadzenie Izraelitów przez Morze Czerwone; wydarzenie z Biblii

piątek, 14 marca 2014

Masochistyczna strona Tasiorka, czyli każdy ma prawo do załamania...

Bądźmy szczerzy, każdy z nas ma chwilę zwątpienia. Każdy chociaż raz zastanawiał się co robi w miejscu, w którym właśnie stoi. Dokąd zmierza w życiu. Na cholerę jego marne istnienie. Po co jesteś...
Znasz ten moment, kiedy kończą się łzy? Gdy płaczesz tak długo, że pozostało ci tylko ciche łkanie? Gdy po podsumowaniu swojego życia stwierdzasz, ze jesteś niczym...?
I ten paskudny moment, kiedy uświadamiasz sobie, że jesteś beznadziejny, bo wymyślasz sobie jakieś problemy? Bo przecież inni mają gorzej.
Gdy tworzysz w głowie idealne wspomnienia, idealne rozmowy. Idealny świat, który nie istnieje. I wtedy mówisz sobie 'jesteś żałosny'. Jeśli tak, to brawo. Nie jesteś sam, chociaż się tak czujesz. Umiesz się do tego przyznać. Chociaż przed samym sobą.
Masz wszystko, a jednak jesteś perfidnie pusty. 
I przypominasz sobie to wszystko, o czym chcesz zapomnieć. I masz dosyć. Masz ochotę zrobić sobie krzywdę, bo jesteś bezsilny. Nic nie możesz. Nic nie znaczysz...
Gdy masz tyle przytłaczających myśli, a jesteś tak cholernie nieufny, ze nie umiesz się nikomu zwierzyć. To wszytko się w tobie kotłuje. Emocje, historie, wspomnienia, koszmary.
Masz dosyć.
Chcesz się tylko wtulić i zasnąć. Na długo. Może nawet na zawsze. o tak byłoby łatwiej i lepiej. Dla wszystkich.
Bezradność cię wykańcza.
Jedyne czego pragniesz to wleźć pod jakiś koc i zrobić z siebie burrito nieszczęścia.
Gdy codziennie rano, gdy patrzysz w lustro widzisz ciało, które nigdy nie będzie idealne. Ciało, które jest pozostałością po mieszkaniu wiecznie szczęśliwej duszy. I próbujesz zdobyć się na uśmiech. Musisz być silny dla świata. Dla siebie-niekoniecznie.
   


                                                                                                   Wasz Tasiorek

Czy ktos widział Tasorka? Co sie z tym głąbem dzieje?!



Macie troszkę tego, co się ze mną dzieje. 
Przepraszam, że nie pisze, ale muszę trochę poukładać sobie niektóre rzeczy, a przede wszystkim siebie. Tak, poukładać i uporządkować, a nie schować wszystko pod łóżko.
Bo wiecie, coś co wsadzicie w ciemny zakamarek w rzeczywistości nie zniknęło. Ono tam jest, więc radzę się za to wziąć, bo zacznie ewoluować i WRÓCI. Nawet jeśli zagrozicie mu Bieberem.



Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek

niedziela, 26 stycznia 2014

ROZDZIAŁ XIII



 Przepraszam, że mało piszę, po prostu nie mam czasu, weny. Ale mam trochę problemów. Mogę się podzielić. 
Dobra, postaram się bardziej... 



ROZDZIAŁ XIII



Siedzieli na podłodze w kuchni oparci o szafki.
-Powiesz w końcu co się stało?
- Zrobiłam coś złego. Bardzo złego. Ale w dobrej intencji- dukała.
- Nie zabiłaś go, bo do mnie dzwonił, więc nie może być aż tak źle.- Max się łagodnie uśmiechnął.- Mała, co się tam działo?- Dziewczyna podkurczyła nogi i schowała głowę.
- Zaczął mnie dotykać, a gdy wyszłam zagroził, że nie podpisze z wami kontraktu.- Chłopak zacisnął szczękę.- Wróciłam. Wiedziałam ile to dla was znaczy. Nie mogłabym wam tego zrobić…
- O czym ty…? Jak on, ciebie, tam…Jak to „NAM nie mogłaś tego zrobić”?
- Cały czas czuję ten jego ohydny oddech, ten paskudny głos. Mam w głowie to, jak mówił, że będę tylko jego, że się o to postara.- Ukryła twarz w dłoniach. Na samo wspomnienie robiło się niedobrze, a co dopiero na żywo!- Max, ja nie dam rady! Nie pójdę tam, nie chcę go więcej widzieć- wyszeptała. Spod mokrych rzęs wypływały kolejne łzy.- Potem powiedział, że to nie jest miejsce  na takie rozmowy i pojechaliśmy do jakiegoś hotelu. Ja nie dałam rady. Myślałam, że odmówi wam przeze mnie. Ale mimo wszystko uciekłam. Max, przepraszam.
- Jane, spokojnie. Już wszystko w porządku. Dobrze zrobiłaś. Słuchaj, mam gdzieś ten pieprzony kontrakt, rozumiesz? TY jesteś najważniejsza, rozumiesz-powtarzał patrząc w zapłakane oczy dziewczyny. Tyle bezsilności w jednym miejscu.
Gdyby teraz mógł pojechać do tego całego Reubena… Ale nie, nie może zostawić jej samej. Nie teraz.
- Jestem beznadziejna. Ludzie nie traktują mnie poważnie. Rozczulam się nad sobą i tak cholernie nie chcę tego robić, a jednak nie umiem przestać. Przecież ludzie mają gorzej, mają gorsze problemy i sobie z nimi radzą. Usuwają je. Zapominają o nich. Ja jestem problemem… Jestem szara, zwykła. Nijaka. Bez smaku. Bez wyrazu.-Bez ciebie dodała w myślach. Zwinęła się w kłębek, ułożyła głowę na jego kolanach, cicho usypiając.

sobota, 11 stycznia 2014

ROZDZIAŁ XII




ROZDZIAŁ XII




-Jesteś boska- krzyknął Warr szczerząc się do Janette.- Mówiłem ci już o tym?! Mówiłem?- powtarzał. Cieszył się jak moher na wyprzedaży różańców.
- Zachowujesz się jak baba w centrum handlowym, gdy są przeceny- zakpił Max.
- Kretynie, będziemy bogaci, rozumiesz?
- Tak, ogarniam- zbył go widząc, że Jane nie kontaktuje.- Mała, żyjesz?
- Jasne. Ja już idę. Mam jeszcze coś do załatwienia.- Wzięła torebkę i wyszła.
- Co jej się stało?- spytał zdziwiony Warren.
- Nie wiem właśnie, ale od tego spotkania z Reubenem taka chodzi. A tak w ogóle to dzwonił, żeby się z nią spotkać, bo jakieś papiery jeszcze musi jej przekazać, a jak zaproponowałem, że przecież któryś z nas może je odebrać, to powiedział tylko, że od tego jest menadżer.
- Wiesz, on chyba wie co robi. A Jane może ma jakiś chwilowy kryzys. Może znowu jej starzy… wiesz o czym mówię. Przejdzie jej. Przecież to Jane. Nasza Jane. Parę dni i po kłopocie, ale fakt, wygląda jak trup. Nie wiem.- Warr przejmował się nią, ale nie aż tak jak Max. Jemu zależało w inny sposób. I to cholernie zależało. A widok cienia pozostałego po Janette przerażał go. Wiedział, że coś się stało. Ale co?

            Siedziała u siebie na sofie. W dłoniach gorąca czekolada, a w głowie wydarzenia z Clinique Cafe. To, co tam się działo i to, co było potem. Coś, czego nie zapomni, coś co wywoływało u niej obrzydzenie. Do samej siebie również.
Dźwięk smsa.
„Mam sprawę. Będę u ciebie za 2 godziny”. Stwierdziła, że musi się przewietrzyć. Wyjść z tych pustych, czterech ścian. „Muszę się przejść. Wpadnę o 18”
            Max właśnie wszedł do mieszkania. Zdążył zdjąć kurtkę, a już po chwili usłyszał pukanie.
- Wiesz, że nie musisz pukać, nie?
- Przyzwyczajenie- mruknęła.- Tak, więc, co to za sprawa?
- Po pierwsze, mogłem przyjść do ciebie. Po drugie, Reuben chce się jeszcze raz spotkać. Ma niby jakieś papiery dla nas i chciał, żebyś je odebrała. Powiedziałem, że na pewno przyjdziesz. W środę.- Jane gwałtownie wyprostowała się i wyrzuciła powietrze z płuc.
- Czemu mu tak powiedziałeś?- Była przerażona, a serce podeszło jej do gardła.
- A czemu nie. W środę miał wolne i powiedział, że to jest pilne.
- Ale ja już nie chcę. Jemu się wydaje, że może mnie mieć- wyrzuciła szybko.
- Co?- Max zmarszczył brwi.
- On nie chce papierów, tylko mnie, nie rozumiesz? Wiesz dobrze, że tego nie wymyśliłam!
- Wiem, ale czemu tak sądzisz?
- Tak po prostu- mruknęła zagryzając do krwi wargę.
- Przecież nie może cię mieć- powiedział, ale widząc jej poprzednią reakcję dodał- chyba nie dasz się jakiemuś podstarzałemu dupkowi. To niemożliwe, nie mogłabyś być jego. Nie jego. Nie jakiegoś obcego, bogatego sukinsyna.- To było dla niej gorsze, niż spoliczkowanie.
- Myślisz, że byłabym w stanie… - wymamrotała z niedowierzaniem.- Naprawdę masz o mnie takie zdanie? Sądzisz, że potrafiłabym być dziwką szukającą sponsora?!- krzyknęła.
- Nie o to mi chodziło- syknął.
- To o co? Przykro mi, że nie odebrałam twojego głębszego przesłania, gdy mówiłeś, że chcę się oddać jakiemuś staremu facetowi, tylko dlatego, że jest bogaty!
- Po prostu nie zniósłbym tego, że mogę cię stracić. Zrobiłbym dla ciebie wszystko. Wiem, że nie zrobiłabyś tego z tym kretynem!
- Teraz tak mówisz?! A co, gdybym ci powiedziała, że za późno. A tak w ogóle to mogę być z kim chcę, niezależnie od tego, kto, jaki jest, rozumiesz?!
- Jane, przecież znam cię! Wiem, że mówisz tak, tylko po to, żeby mnie bardziej wkurwić.
- Ja ciebie?! Nic nie wiesz!- ruszyła do wyjścia- Wydaje ci się, że mnie znasz! Tylko ci się wydaje-wykrzyczała mu prosto w twarz.- Nie masz prawa decydować za mnie, rozumiesz?! Wiesz co ja tam przeżyłam? Nie wiesz! Ty nic nie wiesz!- Chłopak przyparł ją do drzwi. W końcu to jego terytorium.
Oparł rękę obok jej głowy. Spojrzał w tętniące wściekłością oczy, w których zbierały się łzy. Zbliżył się, ale na taka odległość, że mogła odwrócić głowę. Mogła wyjść w każdej chwili. Zostawić go tam. Być może właśnie dlatego nie uciekła.
Teraz był jeszcze bliżej. Dziewczyna zesztywniała. Otworzyła wcześniej zaciśnięte usta. Jak on to zrobił? W jednej chwili chciała go zabić, a w drugiej zerwać z niego ubranie i… Jak? Jedyne czego teraz chciała, to poczuć jego smak. A on dobrze o tym wiedział. Nauczył się rozpoznawać reakcje kobiet na swoją osobę. Jak to mówią- doświadczenie.
- Widzisz jak mało potrzeba, byś była moja- powiedział w pewnym momencie, ale brzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż jak pytanie. Nieważne co to było, ale podziałało na Jane jak zimny prysznic. Otrząsnęła się, zacisnęła szczękę, odepchnęła Maksa i wybiegła z jego mieszkania. Jak mogła dać się tak omamić…
- Jane, przepraszam- krzyknął, pobiegł za nią.- O czym ty mówisz, co on ci zrobił?- Widząc, że dziewczynie zaszkliły się oczy, przytulił ją.- Co się stało w Clinique Caffe?


ROZDZIAŁ XI






ROZDZIAŁ XI




- Widzisz jak mało potrzeba, byś była moja- powiedział w pewnym momencie, ale brzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niż jak pytanie. Nieważne co to było, ale podziałało na Jane jak zimny prysznic. Otrząsnęła się, zacisnęła szczękę, odepchnęła go i wybiegła z jego mieszkania. Jak mogła dać się tak omamić…
- Jane, przepraszam- krzyknął, pobiegł za nią.- O czym ty mówisz, co on ci zrobił?- Widząc, że dziewczynie zaszkliły się oczy, przytulił ją.- Co się stało w…


***

            Nowy dom, nowe wyzwania, a wspomnienia niech idą do diabła. W mieszkaniu, którego właścicielem był nie kto inny jak sama Janette Jones, było przestronnie i nowocześnie, a jednak przytulnie. Ściany koloru kawy z mlekiem komponowały się z białymi meblami.
- Coś jeszcze?- spytał Warr wnosząc kolejne pudła.
- Jeszcze dwa- odpowiedział Max i ruszył do samochodu.
- Kobieto, więcej tego nie miałaś?!- krzyknął z wyrzutami Warren.
- Oj, no proszę. Wiecie, że was kocham. I ubóstwiam. I wynagrodzę wam to- zapewniła rozstawiając kolejne przedmioty na półkach.
- Nawet wiem jak- uśmiechnął się szatańsko.- Stawisz się u jednego gościa. Potrzebujemy kogoś do negocjacji, a jak wiesz ja nie za bardzo się do tego nadaję, a Max stwierdził, że on odwalił swoje załatwiając układ.
- Jaki układ? O co chodzi?- Jane przymrużyła oczy.
- No mamy interes. Masz się spotkać z facetem od marketingu. Mamy parę pomysłów na reklamy, więc czemu by tego nie opchnąć?
- Niech wam będzie…- zgodziła się niepewnie.
- Co „niech wam będzie”?- spytał Collins, który właśnie wszedł z ostatnimi kartonami.
- Załatwiłem nam menadżerkę na piątkowe spotkaniem odnośnie reklam. Powiedz, kochanie, że jesteś ze mnie dumny- powiedział kpiąco Warr teatralnie mrugając oczami.
- Chłopcy, bez takich mi tu. Wyznawajcie sobie miłość beze mnie- rzuciła ze śmiechem dziewczyna.- A tak poza tym, to czemu dowiaduję się dzisiaj, o tym, że jutro mam spotkanie biznesowe, co?
- Tak wyszło. Dobra, bierzmy się za rozkładanie tego.

             Wszystko było idealnie. Przygotowany kosztorys, wszelkie dokumenty w torebce. Ciasno upięty kok idealnie współgrał z czarną, dopasowaną marynarką i ołówkową spódnicą do kolan. Cieliste koturny dodały jej powagi. No i kilku centymetrów.
            Doszła do Clinique Cafe, kawiarni, w której byli umówieni. Weszła, rozejrzała się. W lokalu siedziało może pięć osób. Podeszła do umówionego stolika, pod ścianą, w kącie, gdzie siedział postawny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka miał może pięćdziesiąt lat. Gdy ją zauważył, wstał.
- Pani Jones? Witam, jestem George Reuben- powiedział podając jej rękę.



ROZDZIAŁ X

Tak, wiem, długo mnie nie było...






ROZDZIAŁ X


Matka siedziała na krześle w kuchni. Popijała jakiś procentowy trunek wpatrzona w okno przed sobą.
- Mamo- zaczęła cicho.- Gdzie on jest?
- Nie ma. I nigdy już nie będzie. Nigdy więcej już nie ma prawa tu przychodzić- mówiła stanowczym głosem nie spuszczając wzroku z dzieci bawiących się na ulicy.
- Ale jak? Przecież jak będzie chciał to i tak wróci, i nic nie możesz zrobić. Dobrze wiesz…
- Rzucił mi dokumenty rozwodowe-przerwała. –Spakował rzeczy i wyszedł. Od razu pojechałam na policję, zgłosiłam to. Później do sądu. Zapewniam cię, nie wróci już. Możesz mnie zostawić samą?- Znów zamilkła. Parę godzin temu widziała roztrzęsioną, przerażoną i bezradną kobietkę, a teraz to… zimny, opanowany potwór.
Wyszła z salonu, po czym udała się do swojego pokoju. Uświadomiła sobie, że jej rodzina nigdy tak naprawdę nie istniała, ale to ona ją ostatecznie rozbiła. Schowała się pod łóżko. Miała nadzieję, że tym razem nikogo ani nie zawiedzie, ani nie zrani.

            Obudziło ją pukanie do drzwi. Okazało się, że był już ranek. Całą noc przespała pod łóżkiem… jak pies. Usłyszała kroki w swoim pokoju.
- I jak poszło? W porządku? Co z mamą?- Spytał znajomy głos. Dziewczyna leniwie wyczłapała się spod łóżka. Usiadła na podłodze opierając się o szafę.
- To już nie jest moja mama- mruknęła wpatrując się w podłogę pustym wzrokiem.- To jest jakiś dziwny potwór. Ojciec rzucił w nią papierami rozwodowymi i się wyprowadził. A ona- zawiesiła głos- siedziała i piła, a gdy przyszłam nawet nie spojrzała na mnie i kazała zostawić się w spokoju. Rozwaliłam rodzinę. Pozorną i fałszywą, ale rodzinę. Zniszczyłam matkę. I to w ciągu paru godzin.
- To nie jest twoja wina. Sama czytałaś, co robił. Daj jej trochę czasu. Musi odpocząć, przetrawić to, co się stało. Tobie też się przyda odpoczynek- mówił spokojnie patrząc na zrezygnowaną dziewczynę.- Wstawaj. Idziemy- rozkazał.
- Ale gdzie?! Co?! Max…?
- Jeszcze nie wiem. Może kino czy coś. Nie pozwolę ci tu siedzieć i się obwiniać za coś, czego nie zrobiłaś, rozumiesz?- Dziewczyna przerzuciła wzrok na niego, ale poza tym nie zareagowała. Widząc to podniósł się z fotela.- Nie chcesz wstać?- Pokręciła przecząco głową. Podszedł do niej, podniósł, przerzucił przez ramię, zakręcił się dwa razy, po czym rzucił ją na łóżko i zaczął łaskotać.- Chyba jednak dasz się skusić.- Uśmiechnął się łobuzersko.
- Daj mi piętnaście minut, muszę się ogarnąć, sadysto.


_____________________________________________________________
Dzisiaj dojdą jeszcze 3 rozdziały długie, może nawet ciekawe...

Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek





sobota, 4 stycznia 2014

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ IX



            Pochmurno, wilgotno i smętnie. Piękny dzień na sprzątanie. Czas przeszperać wszystkie półki na otulonym kurzem strychu. Otworzyła jedną z szuflad segmentu.  Znalazła coś, czego się nie spodziewała. Chyba jakieś notatniki. Wyciągnęła jeden ze starych zeszytów, otworzyła.
„14 listopada.
Nazwał mnie ‘starą kurwą’ Nie wytrzymam Mam dość.
15 listopada
Znowu mnie uderzył
był pijany.
Dobrze że Jane była u babci.
16 listopada
Zgwałcił mnie Powiedział, że jeśli mu się nie oddam skrzywdzi Jane Nie pozwolę, żeby zrobił coś mojemu dziecku.
17 listopada
Dzisiaj było normalnie Darena nie było przez cały dzień w domu Pewnie mnie zdradza…”
Czytała kolejne wpisy. Kręciło się jej w głowie. Oparła się o karton za nią. To nie może być prawda! Nie w moim domu. Przecież zawsze byliśmy taką idealną rodziną. Przecież ojciec tyle razy mówił mamie ‘kocham’. To nie możliwe. Naprawdę nie wierzyła w to, co czyta. Postanowiła sprawdzić. Poszła do salonu.
- To prawda?- spytała beznamiętnie. Spojrzała na przerażoną matkę. Daren zmarszczył brwi.
- Zależy co to jest- odparł. Sięgnął po zużyte, zeszytowe kartki. Przyglądał się kolejnym słowom. – Co to ma być?- Wysyczał do przestraszonej Iris.- Pytam się, co to, kurwa, jest?- Nie słysząc odpowiedzi spoliczkował ją, po czym wsadził dłonie do kieszeni garniturowych spodni i energicznie wyszedł trzaskając drzwiami. Dziewczyna podbiegła do matki.
- Mamo, nic ci nie jest? Czyli to prawda, co pisałaś, tak?- Zmęczona kobieta podniosła smutne spojrzenie. Jane dawno nie widziała w oczach swojej matki tyle bólu.- Czemu nic nie mówiłaś?- Dziewczynie załamał się głos. Wstała, wyprostowała się po czym ruszyła do wyjścia. Nie wiedziała dokąd zamierza pójść, ale wiedziała, że musi odreagować. Całe życie w kłamstwie.
            Dochodziła osiemnasta. Max wszedł do swojego mieszkania, zdjął kurtkę i poszedł do salonu zostawić dokumenty z uczelni. Usłyszał pukanie. Cholera, chwili spokoju nie ma. Kogoż tu niesie? Podszedł znudzony do drzwi, otworzył je. Zapłakana dziewczyna szybko się w niego wtuliła. Tak, teraz tego potrzebowała.


-…czytaj tutaj- mruknęła pokazując chłopakowi kolejne wersety z notatnika.
-„ Znowu był pijany. Miał ślady po czerwonej szmince na szyi. Gdy wszedł do domu rzucił się na mnie. Miałam potem połamane żebra i rozcięty łuk brwiowy. Dobrze, że Jane była na warsztatach w przedszkolu. Zdążę się wykurować zanim wróci”- przeczytał i zamilkł.- Boże. Co ona przeżywała- zawiesił głos.- Nic o tym nie wiedziałaś?
- Nie. Zawsze chodziła taka promienna i w ogóle, a ojca i tak nigdy nie było- siedziała skulona na sofie próbując przypomnieć sobie chociaż jeden moment, gdy mogło się coś takiego dziać.- Całe życie mnie okłamywali. Mama nigdy nawet słowem nie wspomniała o tym, co jej robił. Ten potwór tyle razy mówił, że ją kocha.- Jej oczy znowu napełniły się łzami.- Czemu to wszystko jest takie trudne, co?
- Nawet nie wiem, co ci powiedzieć. Musisz to z nimi załatwić. I to jak najszybciej. Odwiozę cię do domu, usiądź i porozmawiaj z matką. Jest rozsądną kobietą, na pewno coś wymyślicie- tłumaczył powoli Max.- Wierzę w to- powiedział z przekonaniem patrząc prosto w oczy Jane. Mówił prawdę.

______________________________________________________________
Zajebiaszczego Nowego Roku życzę Wam ja!
Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek

czwartek, 26 grudnia 2013

ROZDZIAŁ VIII

No dobra, trochę się opieprzałam, ale... 




ROZDZIAŁ VIII


- Wydaje ci się, że mnie znasz! Tylko ci się wydaje- wykrzyczała mu prosto w twarz.- Nie masz prawa decydować za mnie, rozumiesz?! Wiesz co ja tam przeżyłam? Nie wiesz! Ty nic nie wiesz!- chłopak przyparł ją do wyjściowych drzwi. W końcu to jego terytorium.
Oparł rękę obok jej głowy. Spojrzał w tętniące wściekłością oczy, w których zbierały się łzy. Zbliżył się, ale na taka odległość, że mogła odwrócić głowę. Mogła wyjść w każdej chwili. Zostawić go tam. Być może właśnie dlatego tego nie zrobiła.
Teraz był jeszcze bliżej. Dziewczyna zesztywniała. Otworzyła wcześniej zaciśnięte usta. Jak on to zrobił? W jednej chwili chciała go zabić, a w drugiej zerwać z niego ubranie i… Jak? Jedyne czego teraz chciała, to poczuć jego smak. A on dobrze o tym wiedział. Nauczył się rozpoznawać reakcje kobiet na swoją osobę. Jak to mówią- doświadczenie.


***

Ociężała Janette zwlekła się z łóżka i poczłapała do kuchni.
Nadal stojąc w samej bieliźnie upijała kolejne łyki gorącej kawy. Jedyne co miała w głowie to białą przestrzeń. Pustkę. Nie była zdolna do niczego poza mechanicznymi ruchami powtarzanymi codziennie.
Dopiła Espresso, wzięła aspirynę, poszła do łazienki. Gdy zobaczyła w lustrze swoje odbicie, przestraszyła się.
Niesforne, buszujące loki pozbawione blasku. Podkrążone oczy bez wyrazu. Biała skóra i wysuszone usta, z których gdzieniegdzie sączyła się krew. Wyglądają jakby były pogryzione. Dziwne pomyślała, po czym wybuchła nieokiełznanym śmiechem przypominając sobie sytuację sprzed paru miesięcy. Momentu, gdy pijany Warr przez sen całował się z… psem sąsiadki. Na wspomnienie półprzytomnego chłopaka, który przeżywał chyba najbardziej namiętny pocałunek w życiu, nie mogła się opanować. Co jak co, ale jeśli chodzi o naprawdę głupie rzeczy, to ten człowiek był po prostu mistrzem.

            Szarpnęła za klamkę. Te cholerne drzwi znów żyły własnym życiem. Po paru próbach udało się. Przekręciła zamek, schowała klucze i udała się do swojego domu.
Ludzie dziwnie patrzyli na dziewczynę w typowo wieczorowej kreacji. Przed południem. W sobotę.
            Po gorącym prysznicu ubrała ulubione jeansy i biały t-shirt. Przypomniała sobie słowa ulubionej stylistki „najprostsze połączenia są najlepsze. Trzeba mieć klasę, by nosić zwykłe jeansowe spodnie, a do tego jeszcze zwyklejsze śnieżnobiałe shirty.” Uśmiechnęła się do siebie. Jestem kobietą z klasą! Albo Terminatorem z klasą- jakby powiedział Max.
Przypomniała sobie, że przecież ma jego klucze. A co jeśli on wróci szybciej? W końcu dochodziła czternasta, a miał wrócić popołudniu. Najrozsądniejszym wyjściem będzie pojechanie do mieszkania i grzeczne czekanie na właściciela. Ale ja? Grzeczna?

            Przyglądała się książkom na półkach regału. W pewnym momencie dostrzegła album. Usiadła na sofie przeglądając kolejne fotografie.
Państwo Collins. Ron, starszy brat Maksa. Jakaś dziewczynka. I znowu ona. Mała, drobna, jakby wychudzona. Kolejne zdjęcia. Jakieś wycinki gazet. „ Anna Collins, pięć lat… wypadek przy Wall Route. Trzy ofiary w tym jedna śmiertelna… Chłopcu i matce udało się przeżyć.” Kolejne napisy. Zdjęcia białej trumienki. Białe róże. Biały różaniec w kościstej dłoni. Na następnej stronie Max z tą dziewczynką. Mógł mieć wtedy co najwyżej dziesięć lat. Mieli identyczne rysy twarzy. Te same oczy. Wdzięczne, radosne. Czyli miał jeszcze siostrzyczkę.
Boże, co musiało czuć dziecko, które zamiast swojej ukochanej siostry, z dnia na dzień widzi tylko trumnę w ciemnym dole. Gdy z chwili na chwilę musi sobie uświadomić, że nigdy więcej nie usłyszy jej głosu, nie doświadczy jej zaczepek, radości czy nawet zwykłego dotyku. Po policzku Jane spłynęła łza.
- Co masz?- Słysząc za sobą zaciekawiony głos podskoczyła. Spojrzała za siebie.
- Tak mi przykro- wymamrotała ocierając stróżki łez z twarzy.
Nie zrozumiał. No tak, wszedł do swojego mieszkania, zastał płaczącą kobietę, którą kocha, a która mówi, że jej przykro. Jak to rozumieć?

Podszedł do niej. Usiadł obok, oparł głowę na jej ramieniu. Gdy zobaczył co przegląda, uśmiech momentalnie znikł z jego twarzy. Zmarszczył brwi, zacisnął powieki. Przybliżył się do niej i mocno przytulił. Siedzieli w całkowitej ciszy. 



___________________________________________________________________________
Dobra, to, zapewne jak się domyślacie, jeszcze nie koniec. 
W najbliższych dniach postaram się napisać dalsze części.
Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek

środa, 11 grudnia 2013

ROZDZIAŁ VI i VII


ROZDZIAŁ VI

            Max siedział wyciągnięty na fotelu obok łóżka. Uważnie przyglądał się Jane.
-Czyli twierdzisz, że nie zamierzasz zerżnąć pijanej, prawie nagiej, od dawna napalonej na ciebie kobiety tylko dlatego, że jest pijana. Tak?- Chociaż była co najmniej w stanie nieważkości, to trzeba jej przyznać, że to, co powiedziała brzmiało bardzo trzeźwo.
- Tak, zasadniczo to dążę do tego, że nie zamierzam pierdolić twoich ledwie żywych zwłok.- Znów gorzki śmiech.
- Aha- mruknęła odwracając się na bok.- Mówi to ktoś, kto przeleciał połowę kobiet w mieście. Żałosne.  Jakoś jak profesorka parę miesięcy temu cię chciała to nie zaprzeczałeś, chociaż też była zalana.
            Zacisnął zęby. Wiedział, że i tak nie będzie tego pamiętała. Pieprzenie przypadkowych dziewczyn to coś zupełnie innego. Nie ważne czy pijana, czy zakochana. Ważne, że chętna.
Ale z Janette chciał, żeby to przebyło jak należy. Żeby wiedziała, że tego chce, żeby najpierw była tylko jego. No i żeby pamiętała coś z gorących przeżyć. Tak, na tym też mu zależało. Gdyby ją teraz dotknął byłoby za późno. Nie wystarczyłoby mu. Chciałby więcej. Dużo więcej, niż mógł dostać.
            W pewnym momencie zaczęła się śmiać.
- Z czego się śmiejesz?- spytał nie rozumiejąc sytuacji.
- Wiesz co jest bardzo zabawne?- spojrzała niewyraźnie na niego.- Najzabawniejsze jest to, że mam więcej powodów, by umrzeć, niż żeby żyć.- Zamarł. Spodziewał się kolejnej kąśliwej uwagi na swój temat, a nie czegoś takiego. Nie po niej. Przecież była zawsze taka uśmiechnięta i do obrzydzenia pozytywna… Co przegapił? Co mu umknęło? Gdy z nią rozmawiał nie było w niej niczego niepokojącego.
A może był po prostu przewrażliwiony? Przecież była pijana. Ba, pijana to za mało powiedziane. Ale może było w tym coś jeszcze?







ROZDZIAŁ VII

            Poranek był wyjątkowo ciężki. Ledwo żywa Jones obudziła się w nieswoim łóżku. Poczuła zapach otulającej ją pościeli i już wiedziała gdzie jest.
- Kawy?- zapytał kpiącym tonem Max.- Czy może coś mocniejszego? A może sypnąć ci trzy łyżeczki?
- Tak, i sześć cukru. Tylko nie mieszaj, bo nie lubię słodkiej- odparła zgryźliwie.- Ile ja wczoraj wypiłam?- Wciąż się nie ruszała.
- A ile pamiętasz?
- Pamiętam szampana, końcówkę Burbona i to by było na tyle.- Przetarła siną ręką twarz i odgarnęła włosy.
- No to potem było jeszcze trochę wina i pół lita czystej. Z gwinta.
- Żartujesz- wybałuszyła oczy.- Pozwoliliście mi pić czystą prosto z butelki?!
- Pozwoliliśmy?! Rzuciłaś kieliszkiem mówiąc, że dzisiaj nie bawisz się w drobnostki i żebyśmy dali ci flaszkę.
- Boże- mruknęła i zacisnęła powieki.- W życiu tyle w siebie nie wlałam. Nie mówiąc o tym, że pamiętam wszystko tylko do momentu…wyzywania was od…- zawiesiła głos, przypomniała sobie te wszystkie słowa, którymi obrzuciła świat. Nawet nie wiedziała, że część z nich zna.- Możesz mi jeszcze powiedzieć jedną rzecz? Dlaczego leżę u ciebie w łóżku w samej bieliźnie?- spytała zażenowana.
- To historia na wieczór- uśmiechnął się chłopak.- Zaraz przyjdą po mnie, więc będziesz musiała się obsłużyć. Wiesz gdzie co leży, a jak będziesz wychodzić zamknij drzwi na klucz.
- Jak to przyjdą po ciebie- przeraziła się. To było dość ciekawe zważając na to, że nie pamiętała ponad połowy wydarzeń z poprzedniego wieczora.
- Mówiłem wczoraj, że mam coś do załatwienia. Będę pod wieczór. A co, miałaś już nadzieję, nie?- droczył się, po czym rzucił w Jane poduszką. Usłyszeli pukanie do drzwi.- Dobra, to ty trzeźwiej, a ja… No wiesz.

            Wyszedł. Jedyne, co przyszło jej do głowy to Co ja nagadałam? Chociaż, przecież znali się nie od dziś. Chłopaki dobrze wiedzieli, że nie pije. Co mogło się takiego dziać?

wtorek, 10 grudnia 2013

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ V


- Ile my się znamy?- Niewyraźne pomruki Warr’ego dały kres śmiechowi spowodowanego wspomnieniami. Byli nieźle wstawieni. Tylko Max pozostawał przy zdrowych zmysłach- nie pił tyle, bo na następny dzień miał coś ważnego do załatwienia.
- Boże- westchnęła dziewczyna odchylając głowę do tyłu.- Pamiętam, że jak was po raz pierwszy zobaczyłam, to nie wiedziałam, czy przyszłam do psychiatryka, czy do szkoły. To było jakoś na początku gimnazjum- zauważyła.
- Dzięki - prychnął chłopak.- Kurwa, już sześć lat. Kiedy to mięło?
- Właśnie, wtedy uważałaś nas za imbecyli.- mruknął drugi.
- Dalej tak uważam- wtrąciła z uśmiechem.
- No widzisz, a siedzisz z nami w mojej kawalerce, pijesz z nami równo i chyba właśnie przechodzisz w „stan nieważkości”- zakpił Max. Takowym stanem nazywał nic innego jak chwile, w których to w alkoholu były promile krwi .
            Godziny mijały, Warr poopowiadał trochę o wybrykach Katie, ale przymykał na nie oko. Stwierdził, że dla takiego ciała, mimo wszystko, było warto. Jane wiedziała co się między nimi działo. Była przyjaciółka często zdawała jej recenzje w formie zażaleń. Żałowała, że ich złączyła. On przez nią stał się poważny i powściągliwy, nie znajdował czasu dla przyjaciół i bliskich, a ona… Z nią było gorzej. Stała się zarozumiała i wredna. Zaczęła uważać, że wszystko się jej należy, że może bezkarnie robić co tylko zechce. Wtedy przyszło jej do głowy, że możliwe, iż zmieniła się przez nią. Gdyby wiedziała, że robi sobie w niej wroga…
            Zbliżała się druga w nocy. Jane była tak pijana jak jeszcze nigdy w życiu. Warr stwierdził, że ma dosyć, zaczął się ubierać do wyjścia. Z pełną gracją zwalił półmisek ze stolika, przy którym siedzieli. Pozostała dwójka odprowadziła go do drzwi. Max pożegnał się z kumplem i zamknął drzwi. Stojąca przed nim drobna dziewczyna odwróciła się. Teraz stała z nim twarzą w twarz. Jej oczy błysnęły, a ona sama przylgnęła do niego. Chciała tego. Od dawna. Tak, ona, Janette Jones była szaleńczo zakochana w nim, Maksie Collinsie.

            Wiedział, że to niesprawiedliwe, że nie powinien. Nie powinien odpowiadać na jej pocałunki. Nie w jej „stanie”. W tym momencie ją wykorzystywał. Z dość dużego doświadczenia wiedział, że każda kobieta po alkoholu jest gotowa się oddać. A oddać się jemu? Niejedna bez „zniewalaczy” to zrobiła. Musiał to przerwać.
- Jane- wyszeptał przypierając ją do ściany.- Nie możemy tego robić…
- Gówno prawda- zaśmiała się gorzko.- Przyznaj, że po prostu mnie nie chcesz.
Nawet nie wiedziała jak bardzo nie ma racji.
Odsunęła się, przeszła chwiejnie do pokoju obok. Max oparł gorące czoło o ścianę. Wiedział, że jedyne co może teraz dla niej zrobić to położyć ją do łóżka. I nic więcej.
            Wszedł do pomieszczenia, gdzie poszła Jane.
Zobaczył najpiękniejszy widok jaki w życiu widział. Drobną, kobiecą postać  z rozmazanym makijażem, stojącą na środku sypialni w samej bieliźnie. Czarnej.
Stwierdził, że mógłby tą scenę oglądać co wieczór.
            Max, weź się w garść. Chociaż ty myśl trzeźwo.
- Proszę – wymruczała podchodząc do niego.- Wiem, że nie jestem idealna. Ba! Nic we mnie nie jest takie. Nic co robię i nic z czym się spotykam nie jest idealne. Za wyjątkiem twojego pieprzonego życia i ciebie.- To ostanie dodała cicho. A on nic nie mówił, nie mógł przyjąć do wiadomości tego, co powiedziała. I tego, że to nie ona. To te cholerne procenty, które w siebie wlała.

            Chłopak ujął jej zimną dłoń. Przyciągnął do siebie. Uniósł dziewczynę niczym pannę młodą i położył na miękkiej pościeli.

ROZDZIAŁ III i IV

ROZDZIAŁ III

- Na pewno chcesz to zrobić?- krzyknął Max czekając, aż Janette wyjdzie z łazienki.
- Tak, tak jak było ustalone. Jedziemy do Katie, wyciągam ją na imprezę do Chelsea, tam się dzieję, a my jesteśmy wygrani- odpowiedziała nakładając ulubioną, malinową pomadkę na usta. Dokonała ostatnich poprawek i włożyła czarne szpilki z czerwoną podeszwą, które wzięła ze sobą do łazienki. Pasowały do obcisłej Małej Czarnej. Ostatni raz zerknęła w lusterko i wyszła.
            Boże, ona wygląda niesamowicie. Wiedział, że jest piękna, ale tego wieczoru, gdy ją zobaczył, chciał mieć ją tylko dla siebie. Była uczesana w luźny kok. Delikatnie brzoskwiniowy cień idealnie uwydatnił kolor jej szarych oczu, a czarne kreski dodały uroku. Pełne, intensywnie różowe usta mógłby, jak stwierdził, całować do samej śmierci. Sukienka pokazała ponętną figurę Jane, uwypukliła piersi, podkreśliła wąską talię i opięła się na biodrach. Buty na wysokim obcasie wydłużyły jej zgrabne nogi i dodały wzrostu. Dzięki nim sięgała Maksowi chociaż do ramienia.
            Zlustrowała oniemiałego chłopaka. Miał na sobie dość wąskie, czarne spodnie i luźną, beżową bluzkę z krótkim rękawem. Wyglądał bosko- chociaż jak dla niej, nic nowego. Wiedziała, że umiał się ubrać.
W jego ciemnobrązowych oczach, które pociemniały jeszcze bardziej, gdy ją zobaczył, pojawiły się błyski. Gdy to zobaczyła, przeszedł ją dreszcz, a przez myśli przeszedł pewien obraz. On. Z nią. W niedwuznacznej sytuacji. Odwróciła wzrok, czuła, jak na jej twarz wchodzi rumieniec.
Chwyciła torebkę i kurtkę, po czym poszła do drzwi.
            Po chwili byli pod domem Katie, Jane wysiadła z bordowego Mustanga Maksa. Zabawa miała się dopiero zaczynać.



ROZDZIAŁ IV

- Jak to się właściwie stało- spytała ofiarę. Widząc marsa na czole znajomej upiła łyk bezalkoholowego drinka i dodała- w sensie, że skąd wiesz, że cię zdradził?
- No…- dziewczyna uciekła wzrokiem, jakby rozważała, co brzmiałoby najbardziej wiarygodnie.- Dostałam zdjęcie jak wiesz…
- Jasne- rzuciła szybko.- Cieszysz się, że tu jesteśmy? Chodzi mi o to, czy cieszysz się że jesteś tu ze mną.
- Oczywiście, że tak. Na serio, dzięki. Mogę na ciebie liczyć.- Janette siliła się na uśmiech.
- A nie masz mnie czasami dość?- Kat rzuciła jej szybkie spojrzenie.- Zastanawiam się czasami jak to by było, gdybyśmy się nigdy nie przyjaźniły. Patrząc na ciebie…- zawiesiła głos i po raz kolejny upiła napój.- Nic by się w tobie nie zmieniło. Ale ja. Ze mną jest trochę gorzej, wiesz? Oddawałam ci wszystko co miałam. Każdą chwilę, każdy pomysł.- Wstała, nachyliła się do byłej przyjaciółki, spojrzała jej w oczy.- Wiem też, że mnie nienawidzisz, że nigdy nie chciałaś naszej znajomości. Wiem również, że nigdy nie kochałaś Warrena, bo po prostu nie jesteś do tego zdolna. To ty go zdradziłaś i wykorzystałaś.- Tamtej zrzedła mina. Jane złapała ją za rękę i pociągnęła na środek salonu, w którym wszyscy się bawili. Muzyka przycichła, a ludzie patrzyli po sobie. Rozeszli się na boki. One dwie pozostały na środku.
- Ile razy zdarzyło wam się pomóc tej oto dziewczynie? Raz? Dwa? Może i więcej- zaczęła głośno. Jej ochrypnięty głos roznosił się po pomieszczeniu.- Ile razy was wykorzystała? Mnie na przykład cały czas.- Zaczęła krążyć wokół przerażonej dziewczyny.- To jest Katie. Większość z was to pewnie wie, przynajmniej męska część- zaśmiała się wymownie patrząc na grupkę mięśniaków.- Wspierałam ją przez wszystkie lata naszej przyjaźni- zarysowała cudzysłów w powietrzu wypowiadając ostatnie słowo.- Poświęciłam jej wszystko, co miałam, a wiecie co? Okazało się, że mnie nienawidzi! Ktoś powie, że przecież musiała mieć powód- odwróciła się do Kat.- Jest jakiś? Może jednak?- Wróciła do publiczności.- Wiem, że nie tylko mnie obrała sobie za cel. Każdemu z was coś zrobiła- przewróciła oczami, gdy padł tekst „I była w tym niezła”. Co za bezczelna hołota.- Księżniczko- ponownie zwróciła się do znajomej- to twoja nagroda!- powiedziała, a spod sufitu zleciał na nią kubeł lepkiej mazi. Zbliżyła się jeszcze raz do niej. - Być może jestem suką. Być może większą niż ty. Ale pamiętaj, że ty robiłaś to wszystko tylko i wyłącznie dla siebie, a ja działałam za nich wszystkich.- Odwróciła się na pięcie i wyszła.
            Gdy wychodziła usłyszała za sobą krzyk:
- Dlaczego mi to zrobiłaś? Jak mogłaś, dziwko?
- Jak mogłam?! Jak JA mogłam?! Wszystko ci już wyjaśniłam. Nie mam ci nic do powiedzenia. Mogłaś od razu powiedzieć, jaki masz stosunek do mnie. Ale nie, wolałaś ciągnąć to dalej. A ostatnio przeszłaś samą siebie. Nie odzywałaś się chyba z tydzień, zdradziłaś Warr’a z całą Kliką szkolną, a gdy się o tym dowiedział i zerwał z tobą, to napuściłaś na niego mnie! Dobrze wiedziałaś, że urwałabym mu łeb przy samej dupie. Wiedz, że to, co zrobiłam nie był tylko mój pomysł.- Odwróciła się i mruknęła krótkie „żegnaj”.

            Po chwili dołączyli do niej Max i Warren.
- Dałaś radę, mała zołzo- rzucił z uśmiechem Harris.
- Weź zostaw mnie- wycedziła Jane.
- To było straszne. Wspominałem już o tym, żebym ci nigdy nie podpadł?- spytał Collins, ale widząc oszołomioną przyjaciółkę dał sobie spokój.
-Wiecie co? Muszę się napić- mruknęła skręcając do pierwszego lepszego monopolowego.
- Chcesz uczcić czy zapomnieć?- Cichy głos Maksa wyrwał ją z oglądania szklanych butelek alkoholi. W odpowiedzi tylko się uśmiechnęła.
- To na pewno będzie szampan…- dobiegł ich głos Warrena.- Dobrą Whisky... Coś jeszcze?
- Ja mam jeszcze czystą i zostało trochę Burbona po ostatnim- mruknął przyjaciel.- Jane, jakieś specjalne życzenie? Chcesz coś konkretnego?
- Coś mocnego. Bardzo mocnego.
            Chłopak zapłacił, wyszli.

            Janette chciała i zapomnieć o dawnej przyjaciółce i uczcić swój sukces. To, że zemściła się za lata upokorzeń było mega bonusem. 

ROZDZIAŁ I i II

No, to chciałam powiedzieć tyle, że to opowiadanie jest dłuższe i inne niż tamte... Będę wstawiała rozdziałami.




ROZDZIAŁ I

Ten kretyn mnie zdradził! I to z jakąś cizią!
Drażniący dźwięk smsa, który wyrywa z czwartkowej drzemki. Czy można bardziej uroczo spędzić październikowe popołudnie?
Zaspana chwyciła telefon ziewając. Spojrzała na wyświetlacz zaspanym wzrokiem. Beżowe paznokcie zacisnęły się na poduszce, źrenice rozszerzyły, w krwi pojawił się jad, a w umyśle chęć zemsty. Wstała, zmierzwiła chudymi palcami rude, szalone loki. Założyła sweter i trampki, po czym poleciała do łazienki poprawić makijaż. Przejechała tuszem rzęsy, przeciągnęła burgundową pomadką aksamitne, pełne usta i wyszła. Wybiegając z domu chwyciła czarną ramoneskę. Teraz wyglądała jak kobieta, która ma ważny cel w życiu. Morderstwo było bardzo ważne.
            Wybrała numer, połącz, dwa sygnały i…
- Gdzie jesteś?- warknęła.
- A ty co, też nie w humorze- spytał znużony chłopak po drugiej stronie.
- Gdzie, do jasnej cholery, jesteś?- syknęła zza zębów dając do zrozumienia, że nie warto jej zbijać z tropu.
-Siedzę w parku, na tej gdzie zawsze- mruknął.
Rozłączyła się. Do wyznaczonego miejsca miała kawałek drogi, ale nie było to aż tak daleko, żeby wzywać taksówkę, czy jechać metrem. Poza tym trochę ruchu dobrze jej przecież zrobi. Może zużyje trochę energii, a jej ofiara będzie jej za to wdzięczna? Może nawet przeżyje…






ROZDZIAŁ II

Młody mężczyzna był w „umówionym” miejscu. Stał oparty o drzewo przy jednej ze ścieżek, popijając piwo. Oprawca w kobiecej szacie stawiał stanowczo kroki. Dobrze, że założyła trampki- w szpilkach ruchy mordercy byłyby dość ograniczone.
- Warren, masz minutę na to, żeby się usprawiedliwić- warknęła spod byka.
- A na jaki temat?- Chłopak był naprawdę zdziwiony.
- No na przykład to, że zdradziłeś moją najlepszą przyjaciółkę- wrzasnęła, co spowodowało, że parę osób w ich dalszym otoczeniu odwróciło się. Warr wbił wzrok w ziemię.- Nie masz nic do powiedzenia?- Każde jej słowo było przesycone nienawiścią.- Serio?! Teraz będziesz milczeć?! Bądź chociaż raz facetem! Miej jaja!- Miała nadzieję, że usłyszy od niego chociaż słowo. Chociaż jedno, głupie „przepraszam”, które i tak nie miało być skierowane do niej.
- Gdyby nie fakt, że jesteś kobietą, strzeliłbym ci z liścia, żebyś się uspokoiła- mruknął, na co dziewczyna się zagotowała.- A ty myślisz, że co? Że ona jest niewinna? Najwidoczniej tak, skoro wkraczasz tu bez powitania, z wyrzutami na cały świat, który chcesz ocalić.- Złapał ją za ramiona.- Ona nie jest tym, za kogo się podawała. Nigdy mnie nie kochała, nie chciała nas wszystkich znać, nie chciała tych przyjaźni. Nigdy tak naprawdę nie była twoją przyjaciółką.- Przecież to nie mogła być prawda, przecież on nie mówił o tej samej dziewczynie, która jej się wypłakiwała i dzieliła swoimi rozterkami. To było nie do przyjęcia.
Szarpnęła się i zamachnęła jego stronę. W pewnym momencie ktoś ją złapał za nadgarstek i objął ramionami. Przerażona zastygła w bezruchu.
- Jane, posłuchaj go. On mówi prawdę…- usłyszała znajomy, spokojny głos za uchem.
- Max, nie strasz mnie. Też chcesz zginąć razem z nim?- wycedziła wściekle.
- Janette, posłuchaj- zaczął ostrożnie Warr.- Mało razy mówiła, że ma cię dość? Pomyśl ile razy ty jej pomogłaś, a ile ona tobie. Katie nie jest osobą, za którą ją uważasz. Mówię ci to jako przyjaciel. Przecież znamy się nie od dziś. No i jako ktoś, kto ją kochał wszystkim co miał. Dziewczyna, którą znamy jest tylko sztucznym wytworem.- Widząc, że do oczu przyjaciółki napływają łzy kontynuował.- Ale tak bywa. Nie zawsze widzimy wszystko. A tak poza tym to ona mnie zdradziła.- Nie wiedziała o czym do niej mówi od paru minut. To, co słyszała było co najmniej niewiarygodne. Złość mieszała się z rozczarowaniem i narastającym poczuciem winy.
- Przepraszam- wyszeptała. Po jej policzkach popłynęły łzy. Odwróciła się do Maksa, wtuliła się w jego tors. Była dość niska jak na maturzystkę, a przy nim wyglądała jak mała lalka.
Warr odetchnął z ulgą i wrócił topienia smutków w piwie. Drugi w tym czasie mruczał coś uspakajająco we włosy Jane.

            Cała trójka siedziała wieczorem o Warrena w domu oglądając w ciszy telewizję.
- Chłopaki, wiedzcie, że ja tego tak nie zostawię- zaczął rudzielec.- Skoro Kat myślała, że może mnie wykorzystywać… - zaśmiała się gorzko dopijając kieliszek wina.
- Co zamierzasz zrobić, zła kobieto?- zapytał niepewnie Max, po czym wymienił spojrzenie z Warr’em, który siedział z jej drugiej strony. Ta, z kolei uniosła dumnie głowę, uśmiechnęła się triumfalnie i zapowiedziała :
- Jeśli ona myśli, że poznała już moją straszną stronę, to się myli. Widziała zaledwie przedsmak.
- Panno Jones, co pani ma w zanadrzu?
- Panie Harris, będziemy się mścić za nasze krzywdy.
- Cieszę się, że nie miałem z tą dziewczyną za dużo do czynienia. A wy, przeszliście chyba na ciemną stronę mocy- zakpił Max.- Mówiłem ci już, żebyś mi przypomniała, gdybym ci zaszedł za skórę? Tak? Jesteś pewna?- Ale ona była już zatopiona w myślach…

poniedziałek, 11 listopada 2013

Cz. dalsza 2... może przeżyję.

Nie miałam tego ciągnąć, ale… co zrobić, coś pewnego się wydarzyło. Olśniło mnie kochani.
Macie na razie tyle sępy :D


            Zbliżałam się do Blue Cafe. Przez wielką szybę kawiarni dostrzegłam pośród tłumu Sky siedzącą z telefonem. Gdy weszłam zobaczyłam zupełnie inną osobę. Nie moją przyjaciółkę, a jej puste zwłoki z telefonem przy szyi. Była blada, a jej pusto wpatrzony w przestrzeń wzrok, zbił mnie z tropu najbardziej. Zbliżyłam się ostrożnie do kanapy na której siedziała.
- Skylar…- zaczęłam cicho próbując ją wskrzesić.- Kobieto, co się stało?- kontynuowałam. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. NIGDY.
- On… nie żyje…- brązowe oczy zapełniły się łzami.- Oscar miał wypadek- dodała cicho. Serce podskoczyło mi do gardła. Opadłam na siedzenie.
- Co ty mówisz? Jak? Co…- nie wiedziałam co powiedzieć, nie byłam już nawet zszokowana. Byłam przerażona.

- Wjechał motocyklem pod ciężarówkę. Nie miał żadnych szans- szepnęła, po czym opadła na miejsce obok. 

niedziela, 1 września 2013

Opowiadanie 6... znowu. Ale teraz część druga.


Dni bez Camerona i chłopaków z zespołu wydawały się być długie i koszmarnie nudne. Nikt nie żartował, nie przekomarzał się i nikt nie obrywał. Co jakiś czas przychodził albo Matt, albo Chris, albo Rufus. Znałam ich dosyć dobrze, więc było to dla mnie normalne, ale gdy zaczynali temat, że czemu ich unikam lub zaczynali opowiadać coś o Camie robiło mi się zwyczajnie głupio. A najgorsze było to, że mi go tak cholernie brakowało, że nie wiedziałam czym się zająć żeby tylko dać myślom odpocząć. Czułam jego obecność, gdy nadchodził, a moje poczucie winy i obawy, które mnie miażdżyły, nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Nie wiedziałam, że nie umiem się bez niego obejść.
Z moich głębokich rozmyślań wyrwał mnie dźwięk smsa. „O 20tej impreza u Abbs”. Wyrwanie  się ze swoich myśli. Tego mi było trzeba. Wyjścia z czterech ścian pokoju. Zawsze byłam mieszanką wybuchową. Z jednej strony byłam osobą otwartą na nowe wyzwania, ludzi, propozycje, a z drugiej byłam samotniczką lubiącą swoje towarzystwo. A wyjście do ludzi w tym momencie wydawało się być wręcz genialne.
Ruszyłam swoją leniwą dupę, przebrałam się, ułożyłam włosy, zrobiłam ostry makijaż i założyłam ulubione szpilki. Jakby nie patrzeć to mam tylko dwie pary, więc obie były ulubione. Po około trzydziestu minutach byłam od domem, a w zasadzie to willą Abbie. Dziewczyna była jedynaczką i miała bogatych rodziców. Czegokolwiek sobie nie zapragnęła, miała. Pewnie dlatego była jedną z podwładnych Lori.
Gdy tylko zobaczyłam imprezę, przypomniałam sobie wycieczkę. Cam przyrównałby to do zamieszek. Kurwa, człowieku, wyjdź z mojej głowy…
Wchodząc do środka, przechodząc przez korytarze pełne „nieświeżych” już ludzi, stwierdziłam, że impreza jak impreza. Alkohol, muzyka, ludzie. Dużo ludzi. Dużo alkoholu. I żeby tylko. Czas się troszkę znieczulić…
*
Siedzę właśnie przy barku u Abbs. Zamieszki. Ale to zajebiście, bo chociaż na chwilę oderwę się od Robin. Nie mogę już myśleć o niej. To mnie wykańcza. Muszę przestać. Staję się bezużyteczny. Muzyka przycichła. Ludzie zgromadzili się w kółku. Kółku? Chyba różańcowym, kurwa. Ludzie się zeszli. Tak, o to mi chodziło. Uuu, szykuje się zadyma.
- Jak śmiesz mi się na oczy pokazywać dziwko?- doszedł do mnie kpiący znajomy głos. Odwróciłem się.
- To, że nie potrafisz znieść, że już nic mnie z tobą nie łączy to nie powód, żeby nazywać mnie dziwką, rozumiesz? A zerwanie z tobą było najlepsza rzeczą, jaką w życiu zrobiłam.- parę osób prychnęło śmiechem. Co ja, kurwa, wśród koni żyje?- Widzę, że wszystkim wmówiłeś, że to ty ze mną skończyłeś. Żałosne. A teraz spierdalaj, idź do swojej blond dziuni.- Czy ta dziewczyna zawsze musi się pakować w jakieś kłopoty?- A może nawet ona cię nie chce. A może ją też szantażowałeś jak mnie, żeby z tobą była, co?!- Curt zacisnął szczękę i zacisnął palce w pięść. Coś się zaraz stanie. Ja to, kurwa, czuję.- No i co mi zrobisz? Wszyscy już wiedzą. Jesteś nikim.- syknęła z uśmiechem. Jego ręka się zamachnęła. Dalej nie wiem nawet co się działo. Wiem, że ten sykinkot leżał na ziemi, a mnie zabolał nadgarstek. Chyba właśnie odkryłem co się stało. Bądźmy szczerzy, długo nie trzeba się zastanawiać.
- Nie masz prawa poniżać żadnej kobiety. Żadnej, gnoju.- rzuciłem i wyszedłem. Po drodze spotkałem przerażone spojrzenie Robin. Czułem na sobie setki spojrzeń. Nie, żeby mi to przeszkadzało, bo byłem do tego przyzwyczajony,  końcu jestem gwiazdą. Ale miałem dosyć. Chciałem się schlać do nieprzytomności. Żeby nie myśleć o niej, nie pamiętać tego, co właśnie zrobiłem. Ale przyznam, że nieźle mu przypierdoliłem. Aż mi się lepiej zrobiło. Jakoś tak lekko. Zrobiłem przysługę światu.
Wychodząc z posesji Abbs usłyszałem stukot skuwek. Kurdupel założył sobie obcasy i myśli, że jest wysoki. Dogoniła mnie i stanęła naprzeciwko. Spojrzała na mnie. Oczy jej się zaszkliły. Bez słowa wtuliła się we mnie. Zaczęła płakać, przepraszać. Co ja mam, kurwa, zrobić?!
*
- Teraz ja się spytam ciebie. Czego ode mnie oczekujesz? Chcę wiedzieć na czym stoję.- zaczął, gdy ja się uspokoiłam. Nie wiem co się działo przez ostatnie dni, a to przed chwila? Co to miało znaczyć? Starczy trzęsienia się jak chihuahua w nowy rok o północy na dźwięk wystrzelonych petard. Tak jak stałam, miałam zamiar wszystko wygarnąć. POSTAWIĆ WSZYSTKO NA JEDNĄ KARTĘ.
- Pytasz czego oczekuję. Sama nie wiem. Ale jestem pewna, że jestem idiotką. Przepraszam. Nie ufam.- boska składnia i poprawność języczka powalają, ale nie jestem w stanie racjonalnie myśleć.
- Nie ufasz mi już?- nie patrzyłam na niego. Nie musiałam, wiedziałam jaki ma wyraz twarzy.
- Nie chodzi mi o to. Nie ufam sobie… a szczególnie kiedy jestem z tobą. Nie umiem tego wyjaśnić, ale taka jest prawda. Nawet nie masz pojęcia jak ciężko mi było przez te parę dni.- czułam jak mi łzy napływają. O pierdolę, i tak wyglądam pewnie jak panda. Nie umiem powstrzymywać łez.- Czułam się jakby ktoś…umarł. Jakbym to była ja. Jakbym się unosiła nad tym pieprzonym światem. Czułam się tak pusto, nijak. Wiesz co teraz powinieneś zrobić?- zaryzykowałam. Spojrzałam na niego. Milczał, studiował po kolei każde moje słowo.- Chciałabym żebyś mnie przyciągnął do siebie i pocałował. Jak na tych wszystkich cholernych filmach. Powinno zacząć padać. Taki hepi endzik i wszyscy szczęśliwi. Ale takie rzeczy się nie dzieją.- mówiłam kiwając przecząco głową i patrząc się pusto w przestrzeń przede mną.- Ludzie na co dzień takich rzeczy nie robią. Próbują zapomnieć. Znienawidzić. Nie zdziwię się jeśli kopniesz mnie, najzwyczajniej w świcie, w dupę. Każdy by tak zrobił…
- A widziałaś kiedyś, wariatko, żeby robił to, co wszyscy?- uśmiechnął się. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu. Ale wyczyn. Do czego ja prowokuję ludzi.
- Oddychasz? Ruszasz się?- odpowiedziałam odwzajemniając uśmiech.
- Jesteś niemożliwa, wiesz?- uśmiechnęłam się szerzej.- A co byś zrobiła, gdybym cię teraz nie pocałował?- Ten szczeniacki uśmieszek, błysk w ciemnobrązowych oczach i białe zęby. Taa, ciekawe czemu latało za nim pół dziewczyn z okolicy.
- Prawdopodobnie rzuciłabym się na ciebie jak głodny lew żądny krwi, jasne? Albo jak… Lori na torebkę z wyprzedaży.
- Czy ty mnie właśnie porównałaś do torebki?- jego urażenie było po prostu przekomiczne. Skąd ja takie słowa znam?!
-Ciesz się, że nie do butów, bo podejrzewam, że nie z jednego kozaka zrobiła pantofla. Przestań się śmiać- dodałam patrząc na wysokiego, umięśnionego, męskiego bruneta chichrającego się jak małe dziecko.- A pro po. Pudelek się zbliża.- sam jej widok mnie doprowadzał do szału. Te tlenione, natapirowane kudły aż chciało się powyrywać, albo podpalić.
- Ty suko!- Nie no, powtórka z rozrywki?- Jak możesz? Przedtem Curt, teraz Camuś! To z Curtem podziałało. Wystarczyła sekunda jak weszłaś do pokoju. A co mam zrobić z Camem?- jej wredny, piskliwy głos aż się prosił o ukatrupienie. Razem z nią. Ale… czekaj, czekaj. To ona była tą blondyną wtedy. A teraz chce się zabrać za Cama. HAHAHAHA, nie.
- Zostaw Camerona w spokoju.- ja już nie groziłam, ja ostrzegałam.
- A jakbyś tak nakryła go ze mną? Może w jakimś ciemnym zakątku.- mówiła to patrząc mi się perfidnie w oczy.
- A czemu sądzisz, że on by cię chciał?
- A kto by nie chciał. Już ci mówiłam, że jestem idealna. Każdy jest chętny. Mam kogo tylko chcę.- A sprawca tego zamieszania stał obok mnie i najwyraźniej próbował ogarnąć co się dzieje. Biedaczek, pewnie zatrzymał się na „Camuś” i go zemdliło. Mnie za pierwszym razem też. Spokojnie, to tylko reakcja wynikająca z połączenia zdrobnienia, słodyczy i tandety Lorraine.
- Skoro tak, to bądź jawnogrzesznicą gdzieś indziej.- spojrzała na mnie pustym wzrokiem. Nie, no, znowu złapała zawiechę. System się przegrzał. Uwaga, plastik się zaraz stopi… Jeszcze chwila. Chwilunia…
- Spieprzaj, kurwa, ze swoimi mądrościami. Zrozum, każdy facet woli ładne. Prędzej czy później i tak cię zdradzi. Jak każdy.- w tym momencie nie wytrzymałam. Moja pięść zawędrowała, w bardzo szybkim tempie, prościutko w jej nos. Zaczęła jęczeć, że jej coś tam połamałam. Przecież czułabym, gdyby kość pękła. Idiotka. Wtedy poczułam jakby mnie ktoś szarpnął za rękę. Cam wydobył mnie z tłumu napływających ludzi. Coś czuję, że w wielu męskich fantazjach dolano by nam olej albo kisiel. Wiecie, tak dla wzmocnienia efektu.

Chłopak przyciągnął mnie pod jakiś mur i przyparł mnie do niego. Pocałował bez słowa. Z początku delikatnie, a potem coraz bardziej łapczywie, chciwie. Błądził jedną ręką w moich włosach, a drugą po plecach. Powiedziałabym, że tą scenę wycięła cenzura, ale zważając na to, ile klnę to by raczej nic nie dało. Co i tak nie zmienia faktu, że przez pocałunki Camerona tracę grunt pod nogami i odlatuję. Ale nie do różowej krainy pudla, bez obaw. Fajnie przywalić komuś. Szczególnie, jeśli na coś zasłuży. A jej się nazbierało. Doszłam do wniosku, że o tym sobotnim wieczorze długo będą gadać. Ba, stanę się bohaterką. Ciekawe ile jeszcze takich kiepów spotkam w życiu…

_____________________________________________________________
No, to to by było na tyle. 
Pozdro&Ciao ~Wasz Tasiorek

sobota, 31 sierpnia 2013

Opowiadanie 6

Trochę się opieprzałam, ale mam :D Nie całe, ale połowa na pewno.

            Piątek, wieczór. Jedna z tych bardziej lub mniej popieprzonych wycieczek szkolnych. Ujmując sytuację zaistniałą poza moim pokojem można by określić jako coś pomiędzy ostrą imprezą, a zamieszkami. Gdzie są do cholery opiekunowie?! Pewnie chłopaki dosypali im czegoś nasennego do kawy… znowu. Ostatnio to była moja zasługa. No dobra. No to może jakaś obsługa? Ta, jedna babcia z epoki kamienia łupanego zajmująca się tym hostelem na wygwizdowiu. Chyba każdy zauważył, że jest głucha jak pień. Nawet nie. Uważaj, bo się obudzi, AHA, już to, kurwa, widzę. Piszczące jedenastolatki wracające z koncertu Biebera na słoniach w glanach by jej nie obudziły.
Co chwile ktoś wchodzi do mojego pokoju. Jakieś niesamowite pary najebane w cztery dupy… Nie, ten co przed chwilą obił się o futrynę będzie miał cztery dupy. Cztery osiemnastki tylko w samochodzie. Szkoda, że koleś jeździ rowerem. Nawet nie mam ochoty na imprezę. Co się ze mną dzieje?! Chyba zdurniałem do końca. Przecież ja zawsze mam towarzystwo. A poza ty darmowy alkohol za drzwiami, a ja siedzę sam w pokoju jak jakiś zakonnik. Kurwa.
*
Siedzę na schodach przed budynkiem, dopijam piwo. Wszyscy albo pijani, albo zaćpani. Ja się aż tak „dobrze” nie bawię. Party hard sobie wymyślili. I to na wycieczce szkolnej. Nie mam zamiaru użerać się z tymi debilami. Większość z nich za świętość traktuje pieniądze i pozycję. Nie, nie tą o pozycję mi chodzi. Mówię o popularności. O wy zboczuszki! Zresztą, ja też robię mnóstwo głupich rzeczy. Serio? Bycie dziewczyną największego kretyna w szkole? Tego niesamowicie popularnego, wysportowanego chłopaczka za którym połowa dziewczyn w szkole szaleje? Ale już niedługo. Nigdy więcej nie dam się szantażować temu frajerowi. NIGDY. W ogóle to całe bycie razem to przecież fotomontaż. I że nikt się nie zorientował. Idioci. Chyba tylko Cameron się czegoś domyśla. Jako jedyny nie jest jak oni; chciwi, fałszywi egoiści. Może myślę tak dlatego, bo go poznałam. Przecież na początku też się wydawał dupkiem za którym lata drugie pół szkoły. A teraz jest mi najbliższą mi osobą… Dla wszystkich cyniczny, obojętny, ale nie dla kogoś kto go rozumie i zna. Nie to, żebym się chwaliła czy coś, ale tak, mówię o sobie i o chłopakach z zespołu.
Czas zadbać o interes. Wstałam, weszłam do tego horroru połączonego z erotykami wszelkiej maści. Podeszłam do eskorty tego palanta.
- Chłopaki, nie widzieliście mojego ukochanego?- spytałam słodkim głosem uśmiechając się. Co ja z siebie muszę robić. Ostatnia przysługa u tej żmii.
- Piętnaście, słoneczko.- spojrzałam zdezorientowana. Chłopak wyglądał na drobnego cwaniaczka, który tak naprawdę chowa się pod spódnice mamie gdy coś się dzieje.- Pokój z numerem piętnastym. Takie urocze blondyneczki nie rozumieją?- ah, ta ironia. Zgrabnie podciągnięta do koloru włosów. Niech się cieszy że moja pięść nie została podciągnięta do jego nosa.
- To rozumienie u kobiet jest zależne od koloru włosów? A u was jak to działa? Od długości penisa? Współczuję ci. Nie dosyć, że brzydki i głupi to jeszcze z małym.- reszta wyrostków zachichotała. Jak baby.
Pokój piętnasty. To na drugim piętrze.
Zapukałam po czym wtargnęłam do środka. Mój niby-chłopak leci od tyłu jakąś inną… ŻE CO?!
*
Co ona w nim widzi? Przecież on się nią bawi. Ale przecież Robin nie dałaby sobą tak pomiatać. Tu musi o coś chodzić. Co nie zmienia faktu, że ten sukinsyn nie ma prawa. Nie ma takiego prawa, kurwa! Starczy. Czas wyjść z jaskini. Oszaleję przez tą dziewczynę.
               Coś przemknęło mi przed oczami. Robin. Pobiegła chyba do swojego pokoju.
Zanim zdążyłem ją dogonić, siedziała skulona w pokoju na łóżku  z czołem opartym o kolana.
Płakała.
- Rob…- coś się musiało stać.- Co się stało?- nie odpowiedziała.- Robin…- pełna ostrożność zachowana.
- Co mam ci powiedzieć, że co, że zastałam tego palanta z inną?! Tak?! Że pierdoli się z jakąś blondyną?! To chciałeś usłyszeć…?- widziałem jej oczy znowu zalewają łzy. Coś się we mnie zagotowało. Pękło. Jedyny cel to zajebać skurwiela.
- Zabije go. Upierdolę łeb przy samej dupie. Sukinsyn.- gwałtownie wstałem z materaca. Rozpierdoliłbym coś z miłą chęcią. Jak ten dziwkarz mógł jej coś takiego zrobić?! Poczułem jej delikatną dłoń na swoim ramieniu. Odwróciła sie przodem do mnie opierając się o drzwi.
- Nie! Proszę.- wiedziałem, że jeśli spojrzę w jej oczy będę zgubiony. Cała złość wyparuję, a tak chcę ją skupić na tym bęcwale. Wziąłem głęboki wdech. Zerknąłem na nią. Była niską, drobną osóbką, ale nie warto z nią zadzierać, bo można zapomnieć o spokojnym śnie. Zwykle była energiczną, odważną, nieustraszoną dziewczyną, która nie dała sobą pomiatać. A teraz stała zrezygnowana, zmęczona, bezbronna. Jej wielkie, zielonoszare oczy otoczone długimi czarnymi rzęsami patrzyły na mnie błagalnym wzrokiem.
- Rob, ale on cię zdradził, zranił cię, wykorzystał. Powinien skurwiel za to zapłacić.- próbowałem odzyskać wściekłość sprzed chwili. Gówno mogę.
- Ale ty nie rozumiesz…- szepnęła. Tak, ja nigdy nic nie rozumiem, bo jestem przecież idealny. Dla każdej. Bo zawsze mam czego tylko zapragnę. Przecież nic mnie nie obchodzi. Zabawne.
*
Siedzieliśmy u mnie na łóżku oparci o ścianę.
-Ale skąd on to wie? I jak w ogóle śmiał cię szantażować? Szczur…- mruknął po nosem.
- Nie wiem skąd. Przynajmniej już znasz prawdę. Nie chodzi mi o to, że bzykał inną, mam to gdzieś. Boli mnie to, że był ze mną i mnie zdradził. Spodziewałam się tego, ale…- nie wiedziałam co powiedzieć. Nie wiedziałam co myśleć, a co dopiero mówić. Nie wiem czego oczekiwałam.- Nawet jeśli to wszystko było udawane, to i tak boli. Nawet jeśli nic do niego nie czuję. No oprócz obrzydzenia.
- Mówiłem ci, żebyś się w to nie pakowała. Ja to, kurwa, wiedziałem. Wiedziałem, że on coś…- mimo tego, że próbował tego nie pokazywać w głowie obmyślał zemstę. Za dobrze go znałam. Nastała chwila ciszy.- Ale wiesz co mnie najbardziej wkurwia? Że wystarczyło mu parę informacji, żeby móc się tobą bawić. To, że kierował tobą i manipulował jak marionetką.- po raz kolejny nie umiałam go rozgryźć. Nie lubię takich momentów, gdy nie wiem o co chodzi. W jednym momencie mam wrażenie że znam każdą czyjąś myśl, a w drugim czuję się jakbym siedziała z całkiem obcą osobą. Cameron wyglądał jakby bił się z myślami, jakby próbował sobie coś uświadomić. W pewnym momencie po prostu wstał i skierował się do wyjścia. Tak, właśnie zbił mnie z tropu. Podążyłam jego śladami.
- Czego tak właściwie chcesz?- stanęłam z nim twarzą w twarz. Nie odpowiedział.- Czego ode mnie oczekujesz? Mam dosyć tego, że uciekasz.- jęknęłam zrezygnowanym głosem.- Niby z jednej strony się troszczysz i chcesz jak najlepiej, a z drugiej jesteś tak obojętny, że nawet nie wiem co robić. Czemu tak cię boli fakt, że mnie wykorzystał, że szantażował? Dlaczego tak reagujesz, skoro o tym wiedziałeś? Nie wmówisz mi, że nie zastanawiałeś się dlaczego jestem z tym pajacem. Co cię to obchodzi?! Co cię tak męczy?!- starałam się, żeby mój głos brzmiał łagodnie, ale i tak krzyczałam. To było silniejsze. Patrzył na mnie starając się rozgryźć co mam w głowie. I chyba najgorsze jest to, że mu się udało…
- Wiesz co bym teraz zrobił?- zaczął powoli patrząc się pusto w klamkę obok mnie.- Pocałowałbym cię.- urwał, przeniósł wzrok na mnie.- Tak, żebyś zrozumiała dlaczego reaguję tak a nie inaczej. Żebyś wiedziała ile dla mnie znaczysz. Żebyś zdała sobie sprawę dlaczego wkurwiało mnie to, że ten skurwiel cię dotykał i był przy tobie na pokaz. Ale tego nie zrobię, bo będziesz się mnie bała i się oddalisz, a tego bym nie chciał. Idę się napić.- otworzył drzwi i wyszedł. W swojej głowie miałam białą przestrzeń. Nie doszły do mnie jeszcze jego słowa. W tym momencie byłam bardziej zakręcona niż słoik z ogórkami czy zatkana jak butelka starego wina. Położyłam się i usnęłam nie zważając na rebelię za drzwiami.
Gdy się rano obudziłam byłam szczęśliwa, że to ostatni dzień pobytu tutaj. Powrót do domu. Przez weekend będę mogła przemyśleć parę rzeczy, a przede wszystkim obmyślić dalszy plan postępowania.

Sobota i niedziela tak szybko minęły, że nawet odespać nie zdążyłam. Znaczy odsypiałabym, gdybym mogła. Cały czas po głowie to, co mówił Cameron. „ Żebyś wiedziała ile dla mnie znaczysz.” Co mam robić? Chciałabym mieć więcej czasu, ale poniedziałek chyba mnie nienawidzi. Postanowiłam, będę go unikać. Jeśli będzie chciał i tak mnie znajdzie. Nie chodzi mi o poniedziałek (tak tylko mówię, żeby ci mniej ogarnięci zrozumieli).
Z samego rana, gdy tylko przekroczyłam mury mojego liceum, zajęłam się wprowadzaniem planu w życie. Pierwszym punktem było znalezienie tego palanta. Mignął mi przed oczami koło schodów.
- Curt, czekaj.- zgarnęłam go z korytarza. Chociaż byłam bojowo nastawiona postanowiłam zachować spokój i załatwić to szybko.- Mam gdzieś twoje szantażyki poniżej poziomu, bzykania po kątach i twojej magicznej mocy zwanej kołkiem w dupie. Mam cię dosyć. Rób co chcesz, ale ode mnie się odwal. Nie masz szacunku do nikogo. Nie odzywaj się i zostaw mnie w spokoju.
- Robin, przestań się wygłupiać, ludzi patrzą.
- Mam ich tak głęboko  w swoim poważaniu jak i ciebie.- syknęłam. Złapał mnie za przedramię i pociągnął na bok.
- Chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli czegoś o tobie?- spytał chamsko.
- Rób co chcesz, nie będę bardziej upokorzona niż wtedy, gdy udawałam, że z tobą jestem.- odepchnęłam go na ścianę i ruszyłam pewnym krokiem w głąb szkoły.
Kolejne godziny mijały na chowaniu się. Kilka razy spotkałam to Sama, to Rufusa czy jeszcze któregoś z zespołu. Widząc ich wiedziałam, że gdzieś blisko musi być Cam. Minął dzień. Przez pół nocy zastanawiałam się jak mam to rozegrać. Jest moim przyjacielem i nie wiem czy poradziłabym sobie bez niego. Chociaż był dla mnie naprawdę ważny i zrobiłabym bardzo dużo, żeby był przy mnie cały czas, ale boję się. Boję się tego, że będę od niego zależna, że stanie się dla mnie obsesją, a potem zostanę sama. Mała, bezbronna, zagubiona i samotna. Boję się sama siebie. Swoich emocji, uczuć i zachowań. Potrafię na co dzień poradzić sobie ze wszystkim co mnie otacza, a nie umiem zająć się sobą. Jestem beznadziejna. Daję rady wszystkim wokół, a sama nie umiem się do nich zastosować. Jestem nikim.
Kolejny dzień, poranek jak zwykle; śniadanie, wyjście, siedzenie przed lekcjami pod drzewem za szkołą. Wejście do klas. Lekcje. Kolejne godziny, znowu. Brakuje mi go.
Właśnie wychodziłam ze szkoły, gdzie zaatakował mnie pudel. Plastikowa plotkara z toną tapety na twarzy. Niech sobie dupę zaszpachluje. I że nikt nie wpadł na genialny pomysł, żeby na święta czy urodziny podarować jej szpachelkę, demakijaż byłby łatwiejszy.
- Ty wredna, kłamliwa suko!- oho, ciekawie się zaczyna, aż miło posłuchać. Biedaczka chyba nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo bawią mnie jej przesłodzone i proste zagrania.- Odczep się od mojego Camusia! Ty, ty, ty- zawiesiła się chyba. Oj, procesor się przegrzał. Bęben maszyny losującej jest pusty. Zaraz nastąpi zwolnienie blokady…- ty pustaku! Ty dziuniu!- krzyknęła piskliwym głosikiem. Ale mi dogadała. Aż z tej radości spowodowanej jej poziomem intelektualnym mam ochotę skakać. Z mostu. Ale spokojnie, ja tego tak nie zostawię. Nie będą mi parapety pluć w twarz.
- Słuchaj pudelku, Może nie jestem damą, lubię nosić rurki, stare trampki, zabawne bluzki. Lubię malować paznokcie, skropić się perfumami. Kocham słuchać muzyki o której ty nawet nie masz pojęcia. Tak więc nie mów mi, że jestem pustą dziunią, bo jak ci przypierdolę to polecisz na tęczy do swojej różowej krainy jednorożców.- stałam z nią twarzą w twarz. Wzięłam głęboki wdech.- Mówisz, że kochasz Cama, a tak naprawdę ile razy powiedziałaś mu cześć?! Ile razy próbowałaś z nim porozmawiać?! On jest normalnym człowiekiem, takim jak każdy. Nie polubi cię za wygląd. Cameron nie jest taki.- powoli uspokajałam głos.
- Ty akurat niby wiesz jaki jest.- prychnęła- Wszyscy mi zazdroszczą, bo wiedza, że jestem idealna. Nie wiem dlaczego Camuś woli ciebie.- uśmiechnęłam się tylko do siebie. Camuś? Serio? Uwielbiam ludzi, którzy mogliby się zabić skacząc z własnego ego na poziom inteligencji.
- Wiesz co, Lori? Dam ci tylko radę na przyszłość.- postanowiłam podtrzymać jej niepewność. Odsunęłam się i dokończyłam.- Odczep się ode mnie. Aha, i nie zmieniaj tak często szminek, bo kolegom się tęcze na chujach porobią.- uśmiechnęłam się i odeszłam w stronę wyjścia. Miałam nadzieję, że to było wystarczająco wymowne.
- Jak długo zamierzasz uciekać?- usłyszałam pewny siebie głos. Wiedziałam nawet do kogo należy. Spojrzałam za siebie. Brunet oparty o ścianę z rękoma założonymi na piersi, wlepiający we mnie intensywne spojrzenie. Wiedziałam, że tej rozmowy nie uniknę.
- Skąd wiedziałeś, że dokładnie teraz miałam tędy iść?- próbowałam sprytnie uniknąć tematu.
- Rob, przecież cię znam. Słyszałem jak kłóciłaś się z Lorraine.- gdy widział, że nic nie mówię, kontynuował.- Wykończysz mnie. Mam dosyć tego, że nie ma cię obok. Że nie mogę cię normalnie dotknąć, poczuć zapachu twoich włosów, usłyszeć twojego śmiechu…- podszedł bliżej, odgarnął włosy z policzka i pocałował w czoło. Poczułam jak się rumienie, jak przechodzi mnie przyjemny prąd, jak serce podskakuje mi do gardła.
- Camuś, jak to możliwe, że ona jest lepsza?! Kim ona takim niby jest?- piszczący głos Lori w tym momencie był bardziej wkurzający niż zwykle, a to wyczyn.
- Czemu jest lepsza? I ty jeszcze, kurwa, pytasz? Chociażby dlatego, że nie jest taka jak ty. Nie jest sztuczna, pusta, plastikowa, fałszywa. Nie jest tobą.- jego spokojny głos był tak dobitny, że był gwoździem do trumny tego pudla.
- To jeszcze nie koniec.- zamruczała, odwróciła się na pięcie i poszła. Tyle radości w jednym geście. Ale pozostał mi jeszcze Cameron. Chciałam się stamtąd ulotnić, a jednocześnie zostać, żeby mnie pocałował. Zachowuję się jak gówniara.
- Dzięki.- mruknęłam, po czym ruszyłam w stronę domu. Nie wiem czemu to zrobiłam. Nawet nie próbował mnie zatrzymywać, wiedział, że potrzebowałam chwili samotności.
 ___________________________________________________________
Narazie tyle, ale już za chwilę druga część.
Pozdro&Ciao ~ Wasz Tasiorek

środa, 17 lipca 2013

Kilka słów z przemyśleń Tasiorka. Jedzenie kotów i inne takie.

     Jakiś czas temu w mojej szkole był egzorcysta. Ciekawe do jakiej klasy, nie ...? Nie wspominam o tym, że patrząc na nas był bardziej przerażony niż przekonany swoimi słowami, ale okay. Chcę zwrócić uwagę na to, co mówił. A mianowicie na te wszystkie "symbole okultystyczne". I wiecie co? LUDZIE, NIE POPADAJCIE W PARANOJĘ! Od dłuższego czasu czytam różnego typu felietony, blogi, artykuły o tej tematyce. Nie lubię jak ktoś mi wciska kit. A według niego każdy jest satanistą. Pierdolenie kotka za pomocą młotka. A jeśli chodzi o koty to są całkiem smaczne. Najlepiej polane świeżą krwią...
Żartuję, żeby nie było.
No i otóż to. Jeśli spojrzymy obiektywnym okiem na ten cały burdel to można ciekawych rzecz się dowiedzieć.
Jest wiele rzeczy, symboli, które zostały stworzone w dobrym celu. Może inaczej. Miały dobrą symbolikę, ale Jakiś Wielki Klub Szalonych Satanistów postanowił go przyjąć. No ale przecież to, że coś mi się spodoba i to zastosuje nie znaczy, że jest moje. Powiedzmy, że dam może trochę głupi przykład, ale wypatrzony kobiecym okiem. No to tak: spodoba nam się na przykład jakaś rzecz, chcemy ją kupić, ale czy jeśli zobaczymy ją u kogoś w złym połączeniu, to czy to sprawi, że dany przedmiot stanie się nieatrakcyjny? Nie, będzie tą samą rzeczą, nic jej nie zmieni.
Albo ta zła, okropna muzyka. Kto ją w ogóle wymyślił?! Jak to w ogóle muzyką można nazwać?! Zero przesłania, darcie mordy. I jeszcze ci biedni, zagubieni ludzie ślepo podążający za tym, chcący się upodobnić do idoli. Tak, mówię o disco polo i techno... No to Was zdezorientowałam. A Wy o czym pomyśleliście? O metalu? Punku? Rocku? A zostawcie tą muzykę w spokoju. Ludzie krytykują piosenki o prawdziwej miłości, uczuciach, o tym, że nie można się poddawać i walce w dążeniu do celu, a nie zwracają uwagi na teksty typu "bo ty jesteś zajebista, to sprawa oczywista, wyrosłaś na mądrą dziewczynę, dla ciebie umrę lub zginę" albo "ona tańczy dla mnie" .  Ba, mało tego, pochwalają to jeszcze. Śpiewają wyznania jakiegoś lalusia. Nie mam nic do ludzi, którzy słuchają czegoś innego, zachowują się inaczej i są inni niż ja, ale to mnie denerwuje. Nie mówię, że nie ma satanistycznych zespołów, ale nie każda kapela musi dzielić te poglądy. Wracając do muzyki i egzorcysty. Żebyście widzieli miny moich najukochańszych rówieśników, gdy ksiądz mówił, że ta muzyka jest zła itd. Niech się cieszy, że w pobliżu nie ma żadnych pali, masztów albo rzek, przepaści czy coś. Do złej szkoły trafił... A gdy wspomniał o Harrym Potterze, że to jest zuo w czystej postaci i że powinno być zakazane to... po prostu niech się cieszy, że jeszcze żyje. Nikt nie zabierze mi dzieciństwa!
A tak ogólnie to nie wiem, może mi się wydaje, ale normalny człowiek nie dostrzega w swojej szarej rzeczywistości pentagramów w My Little Pony, kajdanek w Monster High czy klątwy Hello Kitty. Ktoś musiał się tego doszukać. Po prostu. Dziękuję za uwagę.
Pozdro&Ciao~Wasz Tasiorek.